Shandai.pl – w poszukiwaniu Królestwa Bożego

Królestwo Boże, Zbawienie, Jezus Chrystus Syn Boży - słowo Boże

» Sama pod drzewem – czyli ewangelia dla Kobiet (i psychoanalityków…)

Poniższy opis jest napisany językiem symbolicznym, czytanie go przez  niektóre osoby może spowodować najmniej śmiech a najwięcej pogardę, lub też po prostu stwierdzenie, że bzdury to są 🙂 Wyciąganie z tego tekstu jakiegokolwiek fragmentu też nie ma większego sensu, pisze to z nadzieją że jakikolwiek psychoanalityk lub ktoś z otwartym myśleniem, który zauważył zaniedbaną żeńską […]

Poniższy opis jest napisany językiem symbolicznym, czytanie go przez  niektóre osoby może spowodować najmniej śmiech a najwięcej pogardę, lub też po prostu stwierdzenie, że bzdury to są 🙂 Wyciąganie z tego tekstu jakiegokolwiek fragmentu też nie ma większego sensu, pisze to z nadzieją że jakikolwiek psychoanalityk lub ktoś z otwartym myśleniem, który zauważył zaniedbaną żeńską część społeczeństwa to przeczyta, zauważy, zmodyfikuje jeśli trzeba i rozwinie dalej tą myśl. Zdaje sobie też sprawę, że akapity mogą się wydać pomieszane, i że sztuki ‘stylistyki’ w tym tekście nie ma, bo nie o nią w nim chodzi, ale o otwarcie umysłu i serca na zbawienie. A Jeśli forma nie pasuje… to cóż, zrozum treść i przekaż dalej w lepszej formie.

Ewangelia rozumiana obecnie w kościołach, jak i królestwo Boże rozumiane obecnie w kościołach – jest z reguły w skupione na męskim rozumieniu. To w mężczyznach jest często poczucie winy, chęci dominacji, władania – zniszczenia – itd. I od tego Jezus nas wyzwolił – biorąc to na siebie, idąc na krzyż – mówiąc ‘wykonało się’, Bóg na krzyżu mówi, ‘wiem o wszystkim’ a i tak Cię Kocham! Jezus pokazał że prawdziwe królowanie to bycie sługą miłości, a nie dominacji (bardzo mało mężczyzn to wogóle wyczaiło, podczas gdy dla kobiet jest to jakoś do przyjęcia). Niewiele się jednak pytało i niewiele rozmawiało wiele o kobiecych wątkach tej sprawy…? Nawet kobiety nie są zbytnio zainteresowane, czasem wystarcza że przez ogłoszenie ewangelii męska destrukcja zostaje wstrzymana, a już w życiu rodzin się poprawia. Kobiety kierują się w życiu zupełnie innymi wątkami. Kobiety mają zupełnie inne przyczyny śmierci rozumianej biblijnie jako oddalanie się od Boga. I nie chodzi tu ściśle o podział kobiety-mężczyźni, ale o wątki rządzące naszą kobiecą i męską identyfikacją.

Kobiety ze względu na zupełnie inne wątki mogły znacznie wcześniej rozpoznać Pana i Zbawiciela, pierwsze głosiły Ewangelię… nie tylko po zmartwychwstaniu, ale też znacznie wcześniej…. nie uciekały spod krzyża, rozumiały więcej…. Maria i Elżbieta zdaje się jako pierwsze rozpoznały w Jezusie Pana Zbawiciela. (Łk 1, 43 – “Matka mojego Pana”). Czy też potem Marta namszczaszczajac Jezusa Olejkiem – to wszystko pierwszym głoszeniem ewangelii! – nie zawsze wprost słowami, ale też czynami. Wyraźne mamy wskazania, że obie te sytuacje będą wspominane przy każdym głoszeniu Ewangelii.

Przy okazji dla osób które spotkały się z męską dominacją w kościele, polegajacą na czymś więcej niż służba innym polecam w tym względzie książkę “Córki tego samego Boga”, naprawde warto przeczytać. Nie ze wszystkim rozważaniami w tej książce się zgodzę, lecz – jest ona dobrym wstępem do rozpoczęcia rozwiązania problemu kobiet w chrześcijaństwie na poziomie religijnym. Trzeba jednak w pewnym czasie wyjść z poziomu religijnego do prawdziwej wiary i stać się dzieckiem Boga, które nie potrzebuje więcej rytuałów religijnych i tego wszystkim jak i sobie życzę i modlę się o To.

To co należałoby dodać tej książki, to przede wszystkim jedność małżeństwa. Ewa nie była sama pod drzewem, była tam niejako z mężem, który w sercu też musiał pragnąć zerwania tego owocu, dlatego ją tam sam najprawdopodobniej zostawił. Jezus wyraźnie mówił że już w sercu grzeszymy…. Czyli? Adam wiedział, że jak Ewa zje owoc to może umrzeć (oddalić się od Boga w hebrajskim rozumieniu), mimo to ją tam zostawił, co miał zatem w sercu? Gdzie ta jedność? A co Ewa miała w sercu, gdy sama szła po owoc? Czuła się opuszczona? Może chciała przyspieszyć opuszczenie?

Obraz Boga, a Bóg który jest który jest?

Generalnie, jeśli chodzi o podstawę jakiegoś funkcjonowanie w wierze to podstawą – drogą jest poznanie i zrozumienie prawdziwego obrazu Boga, zrozumienie tego, że cechy które Bóg ma w sobie, które ludzie jemu przypisywali przez lata – On w rzeczywistości ich nie ma, a mamy je my w sobie. Bóg jest tylko miłością, taką jak opisana w liście do Koryntian – jest stały i niezmienny do jego imienia nie można nic dodać, ani nic ująć, jest który jest, a nie który był. Jedyna droga do Boga prowadzi przez żywego Boga Jezusa Chrystusa. W polsce jeśli chodzi o obraz Boga mamy naprawdę się na czym uczyć, ciężko powiedzieć o Bogu ‘jest który jest’, cały tzw. kościół, zarówno uznający trójcę (Matka Boża, Bóg Ojciec i Syn) jak i przeciwnicy tej trójcy – to nic innego jak wypaczony obraz Boga, który jest w zasadzie obrazem rodziny – czy też obrazem buntu przeciwko rodzinie o czym już pisałem tutaj. Innymi słowy, w naszym kraju religią taką najczęściej zajmuje się płeć męska, która to wychodząc z domu rodzinnego ‘srogiego, odległego, oddalonego taty’, i ‘ratującej, bliskiej mamy’, zalecza i pielęgnuje psychiczne rany realizując się w kościele. Mężczyzna uciekając do mamy (królowej niebios w tym przypadku) która była ratunkiem od taty, staje się jej synem, niejako pokonującym Tatę, zastępującym jego miejsce będąc z mamą. To jest obraz kościoła katolickiego, prawosławnego – jest on jedynie kontynuacją systemów reigijnych, panujących od czasów babilonu ta tzw. ‘pieta’ wiele wspólnego z prawdziwym Bogiem nie ma, to nic innego jak zaleczony kompleks edypa. Tymczasem obraz kościołów protestanckich, opiera się w pierwszej mierze na buncie przeciwko matce, która jakby nie było też w tym układzie jednak nie jest najlepsza, bo współpracuje ze srogim Ojcem. System religijny dochodzi w końcu do wniosku, że Ojciec nie jest taki srogi… a jest łaskawy, nadal nie jest to jednak ‘ten który jest’, płeć męska w takim systemie zaczyna identyfikować się z Bogiem, który pokonał matkę. Jest to starotestamentowy obraz, gdzie za wszelką cenę kobiecość, kobiece cechy prawdziwego Boga tego który ‘jest który jest’ zostały zdominowane i wyparte. Obie te religie mają to do siebie, że uśmierzają bóle przeżyte w dzieciństwie… te i podobne obrazy rodziny, budujące obraz Boga, to systemy religijne panujące na ziemi od wieków… Bóg jednak ‘jest który jest’, a my, obie nasze części męska i kobieca jesteśmy na jego podobieństwo. Żyjemy w czasach, w których społeczeństwo dzięki temu co uczynił Jezus Chrystus, jest w końcu w stanie do tego wizerunku powrócić. Jezus ujął to dość dosadnie mówiąc że mamy mieć w nienawiści naszych ziemskich rodziców, a tym samym niejako automatem mamy odwrócić się od systemów religijnych (metod uśmierzania schorzeń psychicznych, wypartych części własnych osobowości) proponowanych od wieków.

Adam niewiniątko – tworzy zasłonę przed Bogiem – tworząc jego kolejne obrazy

Mamy następnie w historii stworzenia obraz Adama jako jedno wielkie niewiniątko – przeradzające się w przekleństwo ciężkiej pracy. Przekleństwo ciężkiej pracy to strach przed tym, że inni mu zerwą owoce, on jest przecież niewinny żadnych owoców nie chce zbierać, ani jeść. Adam przez takie podejście niewiniątka, musi gromadzić jak najwięcej i coraz Ciężej pracować. Jak i obraz Ewy, która pragnie jedności i ponownego zbliżenia. Pragnienia te tak w zasadzie to wyparte (wewnętrzne o którym zapomnieliśmy, a istnieje) pragnienia śmierci – oddalenia się od Boga – ale kto to przyjmie, jak wszyscy wszystkiemu zaprzeczają, od zaprzeczania (wyparcia) się zaczęło (ktoś chciał zrobić coś w sercu, i zaprzeczył temu w umyśle)… Najlepiej zrzucić na ‘obraz Boga’, który już wtedy nie mógł być prawdziwy. Analizując język w jakim pisana była biblia, wiemy że każde słowo swoje znaczenie nabiera wcześniej, obraz Boga już wtedy musiał być więc zakłamany. On jest który jest, jednak z kartki na kartkę pisma, ze słowa na słowo zaczynając od miłości nabiera nowych cech, które miłością nie są.. Jak to możliwe?  Objawia się w ciele jako Jezus na powrót, nikt go już prawie nie jest w stanie poznać.. obraz Boga jest już tak ‚spaczony’, nawet Jan Chrzciciel ma problemy…  O co chodzi? Gdy przychodzą te tzw. Pierwsze przekleństwa wygnania z raju człowiek już znał zło, a jako że jest na obraz Boga zrobiony, to jego obraz Boga też musiał wtedy już poznać zło, nie był to jednak prawdziwy Bóg, ale Bóg z niejako ‘domieszką’ ludzkich wypartych pragnień. gdyby to był w pełni, w 100% prawdziwy Bóg pomarliby od razu…

Całe stworzenie w ten sposób od czasu Adama i Ewy zaczyna dewoluować – jako ludzie panujemy nad nim. Innymi słowy panuje nad stworzeniem nasz aktualny ‘Obraz Boga’, Jeśli nasz ‘obraz Boga’ nie jest doskonałą miłością, ale np. szatanem – przeciwnikiem, oddaleniem się od Boga – miłości, to przychodzi np. Taki potop na ziemię. Doskonale widać to w księdze Samuela i kronik, piszą w pewnym momencie niby o tym samym, jedna jakby na żywo druga jakby z retrospekcji. Piszą o tym samym jednak nie do końca w ten sam sposób. Jest tam jeden dosadny przykład gdy ‘obraz Boga’ nakłania do policzenia ludności. W jednej z tych ksiąg jest ten obraz nazwany Bogiem, w drugiej zaś szatanem… Co jest grane? Jak ‘jest który jest’ nabiera różnych cech i określeń?

Ale wracając do początku, następnie dochodzi do spotkania z Bogiem, spotkanie to nie jest już z obrazem Boga w ‘100%’, bo by pomarli – pomarli by gdyby ujrzeli Boga takiego jakim jest w 100%. Przed spotkaniem z Bogiem mieli już w sercach ‘chęć śmierci – oddalenia się od Boga’, dlatego się bali i zasłonili, aby się móc zbliżyć. Bali się bo Bóg chęci oddalenia się od człowieka nie miał – jest miłością. A skoro jej nie miał to jakiekolwiek spotkanie człowieka, który chęć zabijania ma w sobie z bogiem który tej chęci nie ma, wraca do człowieka (w psychologii mechanizm ten nazywa się projekcją – jest też dobrze opisany ten mechanizm w listach Jana). Adam i Ewa nie wyznali wtedy prawdy przed Bogiem.. .zaprzeczali i zrzucali winę dalej… Wyznawanie tego co się ma w sercu wyzwala nas… bo wiemy że Bóg o tym wie, a mimo to nadal nas kocha…. Kain nie był w stanie wyznać przed Bogiem, że ma popęd śmierci…. Zaprzeczał jakoby go miał – był jak Tata Adam niewiniątko… Bóg więc nie mógł się do niego zbliżyć tak bardzo jak do Abla…. Popęd śmierci niewyznany jednak w nim został, i stało się co się stało… Ten sam popęd ciągnął się od rodziców… przez nich też nie był wyznany.

Śmierć jednak na Adama i Ewę nie przyszła tego dnia gdy Bóg wszedł do ogrodu, a teoretycznie powinna… Rozwiązaniem była zasłona przed Bogiem, by nie mogli w pełni zobaczyć jaki naprawde jest Bóg. Gdyby w pełni zobaczyli jaki jest Bóg a jest miłością – uświadomiliby sobie że będąc na jego obraz i podobieństwo sami nie są jak Bóg bo poznali zło – mieli chęć oddalenia się od Boga, który tego zła nie zna.

Tu już musi się pojawiać więc pierwsze zniekształcenie obrazu Boga, mamy Boga który podaje ludziom skóry. Ludzie często dopisują do tego obrazu, że Bóg musiał aby dać ludziom te skóry musiał zabić zwierzęta (czyli że znał śmierć). Nie musiał jednak nikogo zabijać, kto powiedział, że nie były to skóry gadów, które od czasu do czasu po prostu ściągają skórę? W ilu jednak opracowaniach/kazaniach/książkach tego fragmentu nie wspominali ne spotkałem się jeszcze by ktoś to zauważył – obraz Boga mamy tak spaczony, że przypisujemy mu cechy śmiercionośnej miłości dla stworzenia.

Dlaczego to była Figa… i czym jest ta ciemność?

Jeszcze ciekawsze są rozważania dlaczego to akurat wąż – ściągający skórę – okrywający nagość skusił – do dziś na aptekach widok węża na drzewie uzdrawia…?… jak i to dlaczego to była figa?

Jeśli chodzi o węża to stworzenie wyglądało wtedy trochę zapewne inaczej, napewno miało nogi, jakimś jednak cudem musiało umieć ‚kusić’ – to co do dziś robią gady to zrzucanie skóry, pod starą skórą kryje się nowy wąż, niejako odradzający się. Widok taki mógł ‚zachęcić’ do odkrycia że coś pod skórą może się kryć, pytanie co w sercu Ewa nosiła, że ją to zachęciło? W każdym razie przyznać się do tego nie umiała bo zrzuciła winę na węża. Od tamtej pory człowiek zaczął tępić węże – deptać im głowy, dewolucja tego stworzenia doprowadziła do tego ze przeżyły te co mają najostrzejszy jad czy też umieją się lepiej schować w norach (nie mają nóg)… W strachu przed wężami (podobno syk węża to jedyny strach jaki mamy genetycznie wmontowany), kryje się coś, co Ewa nosiła w sercu… Trzeba zniszczyć węża zawczasu, bo on może wyjawić prawdę jaką nosimy w sobie…   Odkrycie takiej nagości pod skórą, odrodzenia się ściągając skórę, to próba odrodzenia bez Boga, próba odgadnięcia ciemności, którą Bóg ukrył z miłości w owocach drzewa życia…. Widok uśmierconego węża do dziś daje życie, będąc na każdej aptece… działa jednak coraz słabiej – odkąd głoszona jest dobra nowina, daje ona znacznie więcej życia, w porównaniu do innych rozwiązań.

Jeśli zaś chodzi o figę to trzeba zauważyć, że Izraelici później spowiadali się pod figowcem – stąd Jezus widział Natanela pod figą – bo tam Natanel wyznając grzechy – pozwolił się zbliżyć do siebie Bogu – coś jak Abel… W każdym razie Figa to jedyny chyba owoc który jest tajemnicą? Bo dopóki nie dojrzeje to nie widać jakoby wogóle kwitł, Figa kwitnie pod przykryciem – wewnątrz. Zrywając taki ‘owoc’ wcześniej z ciekawości – możemy zerwać owoc niedojrzały i nie pozwolić mu dojrzeć – poznać śmierć. Nikt nie powiedział, że te owoce nie były dla człowieka, zapewne były, ale miały wcześniej dojrzeć lub coś w tym stylu – może Bóg chciał je sam zerwać i razem z nami po prostu zjeść, lub cokolwiek innego. Jak patrzę na figę to widzę taką małą bombę coś jak granat rozpryskowy, który nigdy obecnie nie dojrzewa.. a jedynie spada i wysycha, w oryginale może miało z tym owocem być inaczej miał dojrzeć? – nie wiem, Jezus mówił by się uczyć od tego drzewa…  W każdym razie abstrahując od figi, co chwila w biblii mamy wzmianki o uczcie z Bogiem? Stąd do dziś pokutujące zajęcie kobiet to gotowanie… chcą gotując zastąpić stratę więzi z Bogiem? odpokutować Ewę? – tak pół żartem pół serio… dobra nowina więc między innymi.. koniec z gotowaniem od dziś Bóg gotuje! – zapraszamy Boga i z nim ucztujemy (coś mówił Jezus o krzątaniu się w kuchni, sam też chleby sprowadził i ryby smażył). Innymi słowy człowiek miał zaufać Bogu i nie być taki ciekawski, skoro Bóg jest miłością można mu zaufać… brak ufności Bogu to stwierdzenie, że jednak nie jest miłością? A skoro nie jest miłością to napewno chce okryć człowieka od środka, tak jak człowiek figę. W cieniu drzewa – gałązki trzeba się było więc schować.

Poszukajcie też informacji o owocu figowca informacji o jego zapłodnieniu o bleskotkach np. tutaj itd.. To dopiero ‘pieśń nad pieśniami’ opowiadana przez naturę. Historia kościoła w którym kobiecość musi walczyć by wyjść na wolność…. I męskości skupionej na budowaniu Babilonu (posiadaniu największej wieży babel – wielkiego pala).

W każdym razie cały problem jaki się pojawił to w 1 dniu stwarzania ziemi – ludzie chcąc nie chcą dopowiadają sobie do tego dnia. Przykładem w naszej kulturze jest piosenka ‘stworzenie świata’ wg Jacka Kaczmarskiego, że Bóg stworzył ciemność, która była zła, jednak tego dopowiedzenia, że ciemność była zła tam nie ma!  Abraham nasz Ojciec wiary miał coś, że zobaczył w ciemności światło! W nocy, która teoretycznie miała być ciemna i zła.. zobaczył przyszłość, w gwiazdach zobaczył swe potomstwo!

Co zatem miał Adam ‚wysyłając’ w sercu Ewę pod drzewo… i co miała Ewa w sercu idąc pod to drzewo? W sercu grzeszymy…. To co pokutuje w całej kulturze i widać po pierwszych ‚przekleństwach’ (ciężkiej pracy i rodzeniu w bólach) to dwa główne problemy. Męski problem to chęć bycia samemu na sam z Bogiem, a może od razu Bogiem?, Adam wysłał Ewę na pewną śmierć? Z kolei zaś kobiecy problem to problem odrzucenia i chęć zjednoczenia się… co przeradza się w odrzucanie, Ewa czując się odrzucona wcześniej w sercu postanowiła odrzucić Adama i umrzeć zjadając jako pierwsza owoc? Nie musiało się jednak to zadziać dosłownie – to jest język symboliczny, mogło się to zadziać zwyczajnie tylko w sercu.. o czym Jezus nas wyraźnie uświadamiał.

Ciemność – tajemnicą miłości?

Ciemność to pewna tajemnica, ciemność to ufność miłości. Odkrywając ciemność, odkrywając co to za dziwne drzewo, które nie ma kwiatów, najprawdopodobniej ludzie (jakimikolwiek wtedy stworzeniami byli – musimy przyznać że jednak dziś nasze organizmy są po prostu poddane ogromnej dewolucji – ich organizmy miały żyć wieczność, nasze są trochę ograniczone). Być może zerwali najprawdopodobniej niedojrzałe owoce Figi, zerwali kwiaty które wyglądały jak owoce. Nie mogły więc te owoce wtedy dojrzeć…. Dziś owoce figowce też nie dojrzewają… są dosyć niesmaczne, najlepsze są po tym jak upadną i dojrzeją na ziemi – suche – no ale to tylko przypuszczenie, nie wiemy na ile i czy owoc figowca dewoluował przez lata, a pewnie i tak było.

W każdym razie to czym się różni Jezus od nas to to że kochał Boga, mimo że Bóg miał przed nim tajemnicę, ciemność która nie była zła. Jezus Syn Boga nie odkrył nagości Ojca! My jako ludzie z genów naszego genetycznego Taty Adama zapragnęliśmy odkryć nagość Boga… Jezus nie wiedział kiedy przyjdzie spowrotem na ziemię, to jest ta tajemnica, która tylko Bóg zna – to jest ta ciemność! I to jest prawdziwa ewangelia – dobra nowina, możemy kochać Boga, czekając na jego twórcze, kreatywne tajemnice stworzone z miłości w tej ciemności – jakie chce przed nami objawiać. Możemy czekać na jego przyjście wiedząc że i tak żyjemy wiecznie, umierając w ciele czy też czekając w ciele, możemy mieć pełną ufność do niego, nawet jak nie otwiera przed nami tajemnicy kiedy będzie Nowe Jeruzalem, Nowa Ziemia itd…. My przez Ducha Świętego, przez jego objawienia, przez Jezusa Chrystusa miłość do nas, jego zabranie naszej egzekucji, którą sobie zgotowaliśmy i pocieszenia możemy poznawać prawdziwą miłość Boga, i mieć prawdziwą ufność ku niemu. Tak sie jako ludzie powinniśmy rozwijać. A tymczasem wymyślamy kolejne metody ochronienia przed piekłem i podziałów… które to piekło sami tworzymy ‘swoim zniekształconym obrazem Boga’…. Szukając w Bogu na siłę zła i śmierci, której w nim nie ma…

Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga… a więc też nie znamy śmierci i zła, ale aby do tego dojść,musiały zostać zaspokojone wszystkie nasze śmierci – oddalania się od Boga, i te zostały zaspokojone w Jezusie Chrystusie, Synu Boga, w ten sposób poznaliśmy miłość, a wiec pierwotny jego obraz, który został zaburzony od czasu gdy Adam opuścił żonę… Bóg przez Jezusa nas zbawił mówiąc w obrazowy sposób, wiem że żądacie ode mnie śmierci, a i tak was kocham i akceptuję. W każdym razie A zaczęło się to wszystko od rozłąki pod drzewem figowym w raju… Adam dziś musi zbliżyć się do żony, tak by nie czuła się już nigdy samotna, – tak aby była objęta, to są te słowa, że mąż ma być dla żony jak Chrystus.

Ewengelia to dobra Nowina – dobra bo nie jest to głoszenie złej ciemności, ale głoszenie tego że ‚ciemność która jest zła’ nosimy w sobie, głoszenie tego że Bóg, o wszystkim wie (okazaliśmy to w czynach krzyżując Jezusa Chrystusa), a i tak nadal nas kocha i akceptuje.  Bóg też ma przed nami ‚ciemność’, ciemność jednak Boga nie jest zła! – jest stworzona z miłości jest niejako mocą napędową odkrywania jutro tego co będzie jutro. Ciemność to brak liczenia na to co będzie jutro, ciemność to zaufanie, że jutro Bóg też będzie miłością. Z tą Bożą ciemnością Jezus został ukrzyżowany w zaufaniu… do niej.  W tą też Bożą ciemność zaczynamy mieć ufność zapraszając Ducha Świętego by zamieszkał w nas, rodzimy się na nowo z wody i z ducha, mając ta podstawę zaufania, że czeka nas życie wieczne, a nie śmierć. Ciemność jutra… zaczyna wtedy być światłem nadziei życia wiecznego, światłem nadziei miłości.

Lucyfer, który miał nosić światło… jutrzenkę… zaczął przynosić nieznane i złe piekło… Jezus jednak pokonał to… i rozświetlił ‚złe ciemności’. Dając nam możliwość zaufania w Boga. A przez Ducha Świętego, który był w nim, a teraz może mieszkać w nas, jeśli go zaprosimy, możemy to rozprzestrzeniać na ziemi jego mocą. Ciemność może być rozświetlona miłością Jezusa Chrystusa!

Innymi słowy, bardziej możemy przed Bogiem przyznać się do wszystkich wypartych części swoich osobowości i myśli, mało tego nawet nie musimy tego robić wystarczy że przyznamy że on o wszystkim wie, a to możemy zrobić przez to co Jezus Chrystus dla nas uczynił a robi to wtedy za nas ponadnaturalnie Duch Święty – wypalając nas do tego jak było na początku! Jezus pokazał nam, że Bóg wie o wszystkim i akceptuje nas i nasze wyparte części. Jako pierwszych uczniów wybrał, powołał jednych z bardziej zaburzonych np. złodziej skarbnikiem… żądni władzy… z żonami też jedności nie mieli wielkiej, a mimo to Bóg powołał ich na apostołów. Pokazuje że kocha nas i powołuje nawet takimi jakim jesteśmy, że zna nasze wady… sugeruje i daje moc do tego byśmy nie musieli umierać, daje już jednak wybór jak zwykle z miłości, nie wtrąca się tam gdzie go nie wpuszczamy. Powołał ich z żonami, bo u Boga człowiek to jedność mężczyzny i kobiety, jeśli więc jacyś apostołowie będąc powoływani mieli żony musiał ich powołać w jedności małżeńskiej, jednak oni po tym co czytamy trochę to wyparli (między słowami jednak jest to uznane). Gdyby żonatych apostołów powołał bez żon, nie byłby Bogiem, gdyż to On ‚Jest który jest’ – obraz Boga przed upadkiem – ustalił jedność kobiety i mężczyzny i to przed upadkiem, musiałby to złamać. Dzieje apostolskie i listy apostolskie to jednak przede wszystkim męski kościół, z niewielkimi wzmiankami o kobietach… czas to zmienić, inaczej nie mamy co czekać na powrót raju na ziemi. Czas tą wypartą ‚złą ciemność’ wyjawić przed Bogiem, by mu zaufać że jest w tej ciemności miłość, i mimo że tyle wyparliśmy nadal nas akceptuje i kocha. W ten sposób będziemy mogli w pełni Boga pokochać, a tym samym będzie mógł przyjść i nie pouciekamy w wypartą ‚złą ciemność’.

Dlaczego Elżbieta rozpoznała więc Pana, jeszcze w brzuchu u Miriam?

Sorki za zagmatwany opis, mam nadzieję że cokolwiek z tego jest zrozumiałe. Zdaje sobie sprawę ze duza część tego opisu może nie być składna i nie do końca zrozumiała.Ale módlcie się i pytajcie Ducha Świętego czy coś w tym jest. No i aby ten opis przyjąć do serca trzeba mieć w sobie Ducha Świętego… i niestety przyznać się do wielu myśli i uczuć w sobie, lub też po prostu dać się wypalić przez Boga… życzę i modlę się o to aby te wypalające starego człowieka płomienie ognia (co były nad apostołami), pojawiły się wkrótce nad waszym zborem.

Bardzo we wszystkich rozważaniach pomogło uznanie ograniczoności języka, jak i tego, że Bóg to jest który jest i spotkać go można teraz i dziś, a nie w przyszłości/przeszłości, która jest tą ciemnością. Dlatego mamy się nie martwić jutrem… bo to jest brak wiary, to jest próba odkrycia nagości Boga – czyli to zniekształcenie obrazu Boga, do którego widok ściągającego skórę węża nas skusił. Zaufać Bogu to nie ‘patrzeć co ma pod skórą’…

Jeśli chodzi o ograniczoność języka to pomogły mi obserwacje, dlaczego modlitwa w imieniu Jezusa działa lub nie działa? Sprawa prosta, myśl jaką mieli wtedy tworząc język to ukryć pod danym słowem całe jego znaczenie. Skąd się wzięło słowo co oznaczało itd. Każde słowo implikuje niejako od początku stworzenia. I tak Bóg jako miłość też implikuje od początku stworzenia aż do powrotu do tego jak było na początku przez Jezusa Chrystusa, gdzie patrząc na niego widzimy Ojca, a widząc Ojca widzimy swój obraz, bo na podobieństwo Ojca jesteśmy stworzeni.

Tu też wchodzi tajemnica imienia Boga, które Istnieje i nie istnieje, w zasadzie istnieje tylko teraz, Bo jest które jest. Nie dało się tego imienia zapisać, bo gdyby się je dało zapisać, to oznaczałoby że chce się ‘uśmiercić ‘ Boga na piśmie, w jakiejś przeszłości, w momencie jego zapisywania. Zapisanie imienia Boga oznaczałoby że musi Ono zmieniać znaczenie, nabierać znaczenie z każdym jego użyciem, zapisanie tego imienia musiałoby wywołać zmianę jego znaczenia, on jest jednak niezmienny od samego poczatku, zmieniał się tylko człowiek. Stąd koniecznie należy oddzielić obraz Boga jako wytwór naszych psychik, grzechów, patologii, religii od Boga.. Duch Święty dał nam modlitwę na językach, która jest językiem od Boga, modlitwa ta istnieje tylko w momencie jej wypowiadania, nie jesteśmy przewidzieć co wypowiemy za chwilę, czy też jutro na językach. Modlić się na językach możemy tylko nie martwiąc się o jutro. Nie jesteśmy w stanie zaplanować np wykładu na językach, czy też kazania na językach. Stąd tyle objawień zawsze wychodziło przy modlitwach językami, bo każda taka modlitwa zbliża do niezmiennego imienia Boga, uczy nas jego boskiej teraźniejszej, twórczej i miłosnej natury tego który jest. Ta modlitwa przekonuje nas o tym, że to jest ten który jest.

Tak samo mówiąc człowiek… musimy mieć w pamięci wszystko to co się z tym człowiekiem wiąże, łącznie z tym że obecnie jesteśmy czymś w rodzaju karykatury genetycznej tego kim byli Adam i Ewa. Wystarczy spojrzeć na genetyczne zmiany w całym stworzeniu z biegiem lat…. Oni żyli po 900 lat!

Wracając do tematu kobiet w kościele, to co poniżej napiszę, może być bardzo trudne do przyjęcia i jest tylko być może czysto abstrakcyjnym przypuszczeniem.. Maria zachodząc w ciąże była dziewicą…. Nie była ‘rozerwana’ przez mężczyznę! Rozerwanie to odwieczne pragnienie , a jednocześnie największy strach mężczyzn, wystarczy poczytać jak wyglądały przymierza między ludźmi dawniej. – przechodzenie pomiędzy rozerwanymi zwierzętami i mówienie, że jak się złamie przymierze to będę tak rozerwany. Moment w którym Abraham zapadł w sen…. I Bóg pokazywał mu przymierze wokoło krwi z jego potomkiem Jezusem…. To przymierze rozerwania, to przymierze Gdy Bóg zawiera przymierze z Jezusem o nas. Tak też Jezus został ‘rozerwany’ na krzyżu włócznią… Z Jezusa popłynęła oprócz krwi woda.. Z rodzącej kobiety też na początku odchodzą wody…? Nie wiem jak to się ma objawiać, że kobieta zachodzi w ciąże bez ‘rozerwania’, trzebaby się dobrze przyjrzeć anatomiii zastanowic jak mogła wyglądać ‘dewolucja’ naszych organizmów – od genów Adama i Ewy poprzez dodawanie traumatycznych zmian genetycznych. Ale myślę, że to jest część Dobrej Nowiny. Że kobiety nie muszą być rozrywane w Nowym Stworzeniu – stąd że Maria mogła być dziewicą – Maria i Elżbieta wiedziały i miały ‘wewnętrzne przekonania’ że to Pan! Zanim się jeszcze narodził! Innymi słowy, jeśli da się to wypowiedzieć słowami, Bóg powiedział tym zapłodnieniem do kobiety: Jesteś Piękna taka jaka jesteś, nic Ci nie brakuje, znam wszystkie Twoje lęki i chęci – ani nie musisz dać się rozerwać, aby być zaakceptowana!

W kulturze widać to na przykładzie westalek – dziewic poświęconych Bogom, obecnie kontynuacją tej potrzeby ludzkości są siostry zakonne. Kobieta chce być zaakceptowana, taka jaka jest. I to też stało się… Dlatego jako pierwsze kobiety pojęły ewengelię, być może nie zdawały sobie sprawy z tego co jest grane, ale duchowo musiały to czuć.

W każdym razie wracając do pierwotnych rodziców, Adama i Ewy, rozdzielenie człowieka na kobietę i mężczyznę, to nic innego jak właśnie rozerwanie, rozerwanie które musimy zrozumieć i zaakceptować że było uczynione z miłości. Przyjęcie tej prawdy pozwoli nam naprawdę pokochać w pełni Boga, a wedle tego co Jan pisze w listach droga ku temu jest poprzez pokochanie naszych wrogów… a pierwotnym wrogiem Adama była Ewa… kochając swoje żony, i swoich mężów w pełni im oddając więcej niż samemu się dostało. A to możemy jedynie uczynić przez Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który to za nas został rozerwany na krzyżu! Będziemy mogli w końcu w pełni pokochać Boga, a to objawi się tym że będzie mógł przyjść na ziemię i mieszkać w pełni z nami. Tak jak w pieśni nad pieśniami, gdzie cała historia kościoła jest opisana…

Nie jesteśmy jednak w stanie pokochać Boga, jeśli nie akceptujemy wszystkich naszych przodków, Musimy zrozumieć to co zrobili Adam i Ewa (jak i wszyscy nasi przodkowie – pomiędzy), musimy to zaakceptować i pokochać, nie robiąc tego – tak naprawdę nie umiemy pokochać Boga i zachowujemy się tak jak nasi przodkowie chcąc zrobić coś ‘lepiej niż oni’. A nie umiejąc pokochać ich zaakceptujemy też i pokochamy w końcu Boga, będącego naszym pierwotnym praprzodkiem. Dlatego też np. wszystkie modyfikacje genetyczne to brak miłości do Boga, to stwierdzenie że nie jestesmy doskonali, że dało się lepiej nas stworzyć… te same modyfikacje genetyczne działy się najprawdopodobniej za dni Noego, sądząc po użytych w biblii słowach wychodzi na to, że tylko Noe nie był jeszcze ‘skażony’. A przy końcu świata ma być jak za dni Noego.. Wystarczy więc otworzyć oczy…

Badania genetyczne niestety działają tak, że wszystkie wnioski jakie niepasujące pod ewolucję świat odrzuca. Wnioski te jednak wychodzą u innych naukowców, którym wszystko jedno czy ewolucja była czy nie. I tak np. badania epigenetyczne ostatnich lat wyraźnie stwierdziły, że dziedziczymy traumy! Podobnie też może nam się zmieniać aktywność różnych genów w zależności od wychowania! Innymi słowy okazując miłość możemy modyfikować genetycznie siebie i nasze potomstwo, podobnie też przeżywając traumy mamy wpływ na kształt ciała naszych następnych pokoleń.

Generalnie rzecz biorąc pełne zrozumienie i objawienie łaski, wedle wszelakich znaków, badań i logiki i słowa Bożego, zrozumienie pełnej łaski musi skutkować tym że będziemy mieli nowe ciała. I nie do końca się to musi ‘magicznie’ zadziać (choć mam nadzieję że czas się przyspieszy), cała nauka może temu wręcz dowodzić. Bo czym jest nauka jak nie odkrywaniem tajemnic stworzonych na ziemi przez Boga!?

Wed, 20 Sep 2017 07:46:03 +0000


» Szatan – żyje ten koleś jeszcze? Działa coś? Jakoś go nie widać – dlaczego? Ma jakiś plan? Kto i co to jest?

Plan Szatana – Czy o takim planie mówi biblia, prorocy i znaki na niebie i ziemi? Nie wiem do końca, jednak ta wizja chodzi mi czasem po głowie – jak patrze na to co się dzieje na świecie. Dlatego idę głosić ewangelię, bo chciałbym by jak najwięcej z ludzi ją mogło pojąć dopóki jest w […]

Plan Szatana – Czy o takim planie mówi biblia, prorocy i znaki na niebie i ziemi? Nie wiem do końca, jednak ta wizja chodzi mi czasem po głowie – jak patrze na to co się dzieje na świecie. Dlatego idę głosić ewangelię, bo chciałbym by jak najwięcej z ludzi ją mogło pojąć dopóki jest w stanie ją pojąć… Żyjemy w czasie w którym polaryzacja między światem dzieci Boga – życiem, a światem Dzieci Szatana, rządzonym pragnieniem śmierci – oddzieleniem od Boga, zwiększa się.

Polaryzacja ta zwiększa się z dnia na dzień, na twarz Mojżesza, który zbliżył się do Boga reszta, nie była w stanie spojrzeć – musiał się zasłaniać chustą, by móc przebywać z ludźmi. Kiedy przyjdzie czas, gdy twarze wybranych dzieci Bożych w Chrystusie, zaczną tak samo promieniować, że nie będzie dało się ich oglądać nie wiem, ale zapewne prędzej czy później się to stanie. Nie wiem czy będzie to akurat chusta, proroctwa biblijne mówią o czymś w rodzaju muru wokoło Nowego Jerusalem, w końcu Mojżesz był jeden, chrześcijan jest więcej. Głosząc ewangelię doświadczam jednego… ludzie nie chcą słyszeć dobrej nowiny… jest ona na tyle trudna, że często jest traktowana jako jedna z najgorszych nowin. Może to problem w metodzie głoszenia? – też zakładam że tak może być. Uczę się 🙂

Plan szatana… Przed potopem wybrał strategię jasnego bytowania z człowiekiem jasnej współpracy przebywania swoich sług między ludźmi i obcowania z nimi. Jedynie Noe był w stanie jeszcze usłyszeć wołanie Boga, tylko on wraz z żoną był w stanie jeszcze jakoś ogarnąć sytuację i panować nad grzechem, na tyle by doskonała miłość mogła mu zdradzić co się dzieje na ziemi, jak i to jak się od tego uratować. Bóg zapewne mówił do każdego, nie wszyscy jednak się niego zbliżali. Reszta stworzenia ludzkiego spółkowała od jakiegoś czasu ze sługami szatana…

Dziś w rzeczywistości po potopie, szatan obrał trochę inny plan, tamten nie wyszedł, przetrwał jeden czuły na jawne objawienie sług szatana Noe z Żoną i jego geny w nas. Tym razem szatan i jego służby ukrywają się, zwodząc nas coraz to nowymi zabiegami, religiami, naukami, rządami politycznymi i tym podobnymi sposobami na pokazanie że Boga nie ma. Światem rządzi człowiek, bunt, wojny, pieniądz, choroby – epidemie, śmierć, czarnoksięstwo, nauka, biologia, ewolucja, energia odwieczna, genetyka, społeczność, fizyka, psychika ludzka, choroby psychiczne, spiski  światowe, technologie inne tym podobne byty. Wystarczy prześledzić historię, by ogarnąć co i jak się dzieje, co szatan robił poprzez lata. Wszystko po to by zakamuflować swoje działanie. Jednak  jak którakolwiek z tych koncepcji sensu istnienia – dochodzi do się sedna i tak okazuje się, że jednak Bóg – jako odwieczna miłość to musiał wszystko stworzyć… Szatan podsuwa wtedy kolejny byt sensu istnienia – rozmydla rzeczywistość. Problem jedynie w tym, że ten kolejny pomysł na sens życia i tak w końcu dowiedzie, że u podstawy wszystkiego jest Bóg – miłość, potrzebny jest wtedy kolejny byt.. Ale czasu coraz mniej i zasób wymysłów powoli się kończy. Przyjdzie czas gdy będzie się musiał w końcu objawić aby ludzie go przyjęli, ale jak to zrobić?

Z pomocą przyjdą jakieś nowe stworzenia – nie nazwane wprost szatanem, dawniej już szatan robił próby dość udane, do tej pory w kulturach istnieją legendy o potworach i tym podobnych dziwactwach… jednak wzbudzają one odrazę i nie mają jak być przyjęte przez cały świat. Trzeba wymyślić byt doskonały, byt do którego ludzkość w większości jako całość mogłaby dążyć, trzeba przygotować psychikę ludzką w każdej kulturze na swój sposób na objawienie się tych bytów. Nie może być żadnego podejrzenia, że ten byt to szatan…. Geny Noego nadal są żywe, jeśli szatan się ujawni, prawda o Bogu też okaże się prawdziwa – trzeba je oszukać. Najlepiej by było nawet gdyby te byt wręcz zastępował pamięć o Bogu. Psychika ludzka dąży do doskonałości, technologia w wyobraźni jest bytem prawie, że doskonałym, nie ma jednak ona osobowości… hmm jak to ogarnąć?

Nie wiem jakie szatan rozwiązanie ostateczne wybierze, ale podsycanie ludzkości doskonałym bytem z kosmosu, doskonałym bytem odwiecznej cywilizacji kosmicznej, technologiami UFO, wydaje się nad wyraz planem diabelskim i możliwym do zaakceptowania przez ludzkość nie narodzoną z Jezusa, Syna Boga Żywego.

Mamy już pewną próbę wprowadzenia tego diabelskiego planu w postaci scjentyzmu, który mówi że jesteśmy skażeni kosmicznym odwiecznym bytem…. Nie jest to jednak doskonałe… To było skażenie. Szatan potrzebuje, aby człowiek uznał go za wybawienie, trzeba ludzkość doprowadzić do skraju upadku, ale nie do ostatecznej wojny – bo wtedy ludzie wołają do Boga. To musi być ostateczny psychiczny upadek, strach przed wszystkim – mają szukać śmierci, a nie umierać – pokarmem dla szatana jest proch żywych chcących śmierci istot. Martwi są już jedynie zdobytym trofeum, ale tego ciągle mało….

Wraz z decyzją uznania szatana za zbawiciela, przyjdą opisywane w biblii katastrofy.. muszą przyjść, gdyż w sercach ludzi będzie coraz mniej miłości, coraz mniej życia… wzdychająca za objawieniem się Dzieci Bożych natura będzie to samo objawiać, będzie wzdychać mocniej (wyobraź sobie wzdychajacą ziemię?). Będzie się buntować… ktoś jakiś Joel,wspominał o trzęsieniach i kłębach dymu… już wkrótce…

Świat obecnie dywersyfikuje się, ludzie Boga są stopniowo oddzielani. Nowo narodzeni chrześcijanie nie zaakceptują nowego planu szatańsko – technologiczno-kosmicznego czy też genetycznego zbawienia, w nich żyje Chrystus. Realność sił diabelskich, nie jest widoczna nawet dla wielu chrześcijan… tak bardzo się skrywa…. Jak ostateczne objawienie się antychrysta będzie fizycznie wyglądało nie wiem – to powyżej to tylko wnioski z obserwacji… ale proroctwa mówią dość jasno jak się to duchowo objawi.

Czy to będzie ufo czy cokolwiek innego, kto wie może jakaś wyparta część człowieka, antychryst w końcu się w pełni objawi… Nowe Jerusalem też zstąpi 🙂 cieszmy się więc, że są w nim dla nas mieszkania, a jest ich wiele. Zapraszajmy więc przechodniów… czy też kogokolwiek kto się napatoczy, kogokolwiek kto, chce przyjść na ucztę ze zbawicielem Jezusem Chrystusem i Bogiem!

Ciekawe rozkminki na temat tych kolesi znajdziesz też tutaj:

UFO: dobrzy czy źli, upadli aniołowie czy demony – CK Quarterman

No i bajka na dobranoc.. o biednym … słodkim prześladowanym demonie, Unicef naprawdę ma na co wydawać pieniądze:

A teraz tak na poważnie o traumach i szatanie…

Wracając jednak na ziemię kim jest ten szatan? Czy to naprawdę Istniejący jakiś Anioł co spadał kiedyś tam z nieba? Wiele wzmianek o tym w biblii wbrew pozorom nie ma… nawet natura powstawania teorii o szatanie jest dość interesująca, najpierw był to po prostu przeciwnik, a dopiero jakoś z niewolą babilońską, po zarażeniu się zaratustrianizmem Izraelici stwierdzili, że jest to osobny byt. Kim On jest do końca tego nie wiem kimkolwiek, czymkolwiek jest ma być pokonany, Jezus rozświetlił ciemność i to rozświetlenie ciemności mamy głosić.

Bibliści nie do końca umieli sobie z tym fantem poradzić, tłumaczenia się pojawiają że Izraelici wszystko przypisywali Bogu.. i Szatan jeśli istniał też był stworzeniem od boga, bo Bóg o wszystkim i tak wiedział itd.

Wśród chrześcijan spotkałem się z wieloma teoriami, jak i też z wieloma obserwacjami… generalnie mimo, że Bóg nam nie dał Ducha strachu – jest jakiś ogromny strach przed uwierzeniem, że szatan to zaprzeczony wytwór naszego Ego – coś w rodzaju schizofrenii wewnętrznej. Znacznie łatwiej jest uwierzyć w coś to co jest na zewnątrz, uwierzyć w  jakąś eksternalizację – chrześcijańskie teorie mówią że szatan i demony to jakieś duchy przedAdamowe itd.

Problem polega na tym, że wielu chrześcijan widząc dzieła diabelskie i dzieła szatana – chroni się w ten sposób przed okazywaniem miłości, przed tym do czego zostali wyzwoleni przez Jezusa (A  po tym poznać chrześcijan że miłość wzajemną mają…). Łatwiej o kimś powiedzieć, że jest od szatana i go odgonić, niż zobaczyć ‚belkę w swoim oku’ i okazać komuś miłość, ale i to się w dzisiejszych czasach na szczęście zmienia. Nie twierdzę, że nie istnieją demoniczne istoty… ale też zastanawiam się skąd i czym one tak naprawdę są… Skoro Bóg ma aniołów… a My jesteśmy na jego podobieństwo, to nie mamy jakiegoś choćby anioła stróża? Może te demony to nic innego jak stwarzane, czy też przeistaczane przez nas, przez społeczności osobowości duchowe?

Samo określenie szatana jako osobnej istoty, w starym testamencie wyraźnie widać powstało po lub w trakcie niewoli babilońskiej, czyli o okresie ogromnej traumy, wcześniej to słowo oznaczało przeciwnika. Dziś osoby ze schizofrenią czy też innymi chorobami co ‚twierdzą’ że do nich bezpośrednio taki stworek mówi, to też historie traum… to wszystko jest bardzo zastanawiające.

Jezus mówił że aby wejść do Królestwa Bożego mamy być jak dzieci.. dzieci wielu traum w życiu nie przeżyły, w zasadzie są przed nimi. Wspominanie traum jest bardzo, ale to bardzo trudne, najlepiej je wyprzeć.. i zapomnieć… problem jedynie taki, że wyparte traumy powracają w snach, w patologiach, chorobach i innych. stąd rozwój psychonanalizy, która nie jest niczym innym jak stwarzaniem atmosfery pełnej zaufania aby można było dojść do traum je zaakceptować przeżyć, uwolnić się z nich, to działa lecz nie chroni przed przyszłymi traumami…. Każda trauma to przede wszystkim strach przed przeszłością własną, przeżycia były tak straszne, że wręcz kojarzone ze śmiercią – czymkolwiek te przeżycia by nie były Jezus je przeżył wie o wszystkich i nadal nas kocha, jest tu najlepszym terapeutą, a jego uczniowie powinni być tak jak On. Może to jest droga, jaką Jezus zwyciężył szatana? Dojść do swoich traum wpuścić do nich Jezusa i poczuć mimo wszystko akceptację od niego… tak mniej więcej wygląda nawrócenie, czasem połączone z czymś co ja nazywam terapią chrześcijańską, po której myśli o ‚podszeptującym’ szatanie szybko zanikają…

Skąd więc podejrzenia że Ufo to demon jako wyparta część strachu?

Teorie o Ufo powstały w naszym wieku.. w wieku w którym największym strachem żołnierzy na froncie nie był Hitler, ani też Stalin… Najgorszym strachem na żołnieza na froncie  wojnie był człowiek z masce tlenowej… Pojawienie się zielonego bądź szarego ludzika w masce tlenowej oznaczało tylko jedno – niewidzialna śmierć w powietrzu (swoją droga demony i anioły żyją właśnie w teorii w powietrzu..)…  Wyobraź sobie niewidzialną śmierć w powietrzu? Ludzie wracali z takich wojen i opowiadali o tych strachach… Wyganiając jednak demony.. przedstawiały się one… jako Legion – gdy zagrożeniem dla miasta były Legiony rzymskie (no i jak człowiek znał tą historię)… jako Hitler, Stalin czy też inny tyran.. nie słyszałem jednak by ktoś wyganiał demona o nazwie ‚cyklon-B’, czy też demona o nazwie ‚gaz musztardowy’. A wedle wszelakich przewidywań powinniśmy takiego wyganiać, ten demon jednak był bezoosbowy i nie wiadomo jak go nazwać.

Pojawiły się jednak teorie o nawiedzeniach zielonych i szarych ludzików zadziwiająco przypominających żołnierzy w maskach gazowych (pierwsze ufoludki to szare, lub zielone człekokształtne postacie z wielkimi oczyma.. czyli dokładnie jak żołnierz niosący śmierć z oddechu, czemu pierwsze wyobrażenia o ufoludkach nie były różowe?)… Pojawienie się takich postaci w pozytywnym tajemniczym wydźwięku, skutecznie może leczyć traumy wojenne przekazywane w opowieściach i w nieświadomości. W końcu okropny wizerunek wszechobecnej śmierci z powietrza, z oddechu zostaje zastąpiony wizerunkiem technologicznego ratunku dla świata, też ma wielkie oczy i człekopodobny kształt… kolor podobny.. jednak jest ratunkiem… Czasem też zagrożeniem… ale to zagrożenie przeżywane globalnie jako cały świat, nie jest już tak bardzo traumatyczne dla jednostki.

Skąd demony znają inne języki i znają co w psychice siedzi?

O tym skąd znają co w psychice siedzi to długo się nie będę opisywał, bardzo trudno ukryć swoje wady i bardzo łatwo je wypatrzeć dla wprawionego osobnika… bardzo łatwo też demon może takiego egzorcyste ‚psychicznie rozebrać’, wystarczy trochę wprawy i obserwcaji. Inna kwestia skąd demony znają inne języki… to już bym się doszukiwał tego co siedzi w pomieszaniu języków po rozpadnięciu się wieży babel, jak i w to do czego nam teoretycznie nie używana część mózgu? Na co tą część używamy jak nie do rozwoju ‚demonicznych’ myśli i konstrukcji? Jest wiele przypadków ludzi z jakimiś w zasadzie nadludzkimi zdolnościami spowodowanymi jakimiś niedowładami czy też nietypowym rozwojem mózgu… nie ma powodu by temu zaprzeczać… że ta cześć mózgu do czegoś służy. Kto wie czy nie po prostu do odczytywania rzeczywistości duchowej, jednak ze względu na to że rzeczywistość ta jest taka straszna lepiej tej części nie używać lub tez użyć ją do wypierania tego co prawdziwe.

Nie wiem co takiego w chrześcijanach siedzi.. niby nie mają Ducha strachu, a boją się myśleć… gdzie nie pójdziesz do zboru.. kościoła.. czy gdziekolwiek w zasadzie to Ci mówią żebyś przypadkiem nie myślał… Coprawda ostatnio usłyszałem iskierkę nadziei w kazaniach okrzykniętego ‚zwodzicielem’ Cerońskiego – pozwolił myśleć – nawet nie wiecie jak się ucieszyłem, wierzący lider który pozwolił myśleć, chwała Bogu za takie osoby (strasznie to brzmi, ale w środowisku chrześcijańskim myślenie nie jest dobrze widziane…). Powyższy tekst sugerujący jakoby szatan to nie zewnętrzny twór, a coś w rodzaju schizofrenii, jest bardzo zagrażający dla wielu religii chrześcijańskich, zwłaszcza dla tych którzy swoje owieczki trzymają nie miłością, a strachem… przed piekłem…. Teorie jakoby szatan dziś się ukrywał pod wieloma chorobami i tym podobnymi są bardzo rozpowszechnione wśród chrześcijan… tymczasem każdy kto taką teorię wprowadza ‚nosi’ coś pod skórą, że na rękę mu taka teoria by wierzyć we wszechobecność sił demonicznych. Nie mówił jednak Jezus, że jego owieczki poznasz po tym że będą bały się piekła czy też szatana! A poznasz uczniów jego po miłości wzajemnej!

W każdym razie nie ważne czy szatan i demony to prawdziwe istoty, czy też tworzone przez nas istoty duchowe prawda jest jednak taka, że jakkolwiek by tego nie uznawać, jakkolwiek by tego nie pojąć zostały one zwyciężone na krzyżu i obecnie nie mają prawa działać. Świat to wielki szpital psychiatryczny problem jedynie taki że powód powstania traumy nie ma podstawy istnieć. Tymczasem wydaje się że chrześcijanie powołani do objawienia światu tego zwycięstwa zajmują się rozprzestrzenianiem choroby…. Dzień sądny zapowiadany w biblii jako dzień straszny ma być dniem pięknym. Ma być dniem kiedy okaże się, że wszystko co złego na ziemii było to nasze wybory, a chwała ma być oddana Bogu za to że nas od tego uwolnił. To jak piękny jest świat dowiemy się jak w końcu religie chrześcijańskie zrzucą kajdany Jezusowi i w końcu uwolnią Chrystusa, głosząc Królestwo Boże. Tymczasem… no cóż 🙂 Ewangelia jest tak dobrą nowiną, że wręcz posyła sie ludzi do piekła ją głosząc, bo sami głoszący nie wieżą że ta nowina jest aż tak dobra.

Inna sprawa to taka, że zapowiadane dni sądne, dni w których ludzie będą poznawać że to ‚w nich wszystko siedzi’ mogą być skrócone i o to się mamy modlić. Tak jak Jezus był związany prawem i proroctwami na swoje życie, i nawet umierając na krzyżu musiał prosić o ocet, bo tak było przepowiedziane w psalmach, tak uwolnił nas od konieczności by to wszystko miało się spełnić. Módlmy się więc, aby zostały te dni skrócone… nie wypadły w zimę itd. tak jak mówił Jezus.

Thu, 14 Sep 2017 10:03:35 +0000


» Serce Adama i Ewy – czyli co pierwsi ludzie przekazali swoim dzieciom i jak? – psychoanaliza – analiza duszy

Wejdźmy w skórę Ewy, jak to jest zobaczyć swoją pierwszą córkę, wiedząc że będzie ładniejsza ode mnie? Jak to jest wiedząc, że nie jestem już jedyną kobietą na ziemi? Nie będę już najpiękniejsza? Będzie inna piękniejsza ode mnie? Jak to jest zobaczyć dorastającą córkę wiedząc, że Adam będzie się nią teraz opiekował i będzie zwracała […]

Wejdźmy w skórę Ewy, jak to jest zobaczyć swoją pierwszą córkę, wiedząc że będzie ładniejsza ode mnie? Jak to jest wiedząc, że nie jestem już jedyną kobietą na ziemi? Nie będę już najpiękniejsza? Będzie inna piękniejsza ode mnie? Jak to jest zobaczyć dorastającą córkę wiedząc, że Adam będzie się nią teraz opiekował i będzie zwracała jego uwagę bardziej niż ja?

Wejdźmy też w skórę Adama… jak to jest zobaczyć pierwszego syna, który prędzej czy później będzie ode mnie silniejszy? – ja nie będę już najsilniejszy! Jak to jest zobaczyć – zaakceptować syna, z którym teraz będę konkurował o czas swojej żony… Czy Ewa będzie teraz ze mną spędzała tyle czasu ile przed pojawieniem się dzieci? Czy dzieci zabiorą mi żonę?

Czy jesteśmy zazdrośni o swoje dzieci? Jak to jest zobaczyć swoje dzieci wiedząc że prędzej czy później nas już nie będzie na ziemi, a będzie tylko nasze potomstwo? Z jednej strony wielka nadzieja… z drugiej ogrom smutku. Ale żadnej z tych myśli by nie było.. gdyby nie było śmierci na ziemi… Poniżej pewna próba rozważań… która mogła toczyć się w świadomości lub też w nieświadomości naszych pierwszych ludzkich przodków. Przodków którzy zdecydowali się na wybór śmierci, zdecydowali się na poznanie zła, którego doskonała miłość – Bóg Jedyny Stworzyciel nie zna.

Religijny człowiek poniższym tekstem może być bardzo oburzony… wydawać by się mogło, że przekręcam tu tzw. pismo. Nie przekręcam go, lecz opisuje co ono duchowo oznacza – może oznaczać – to cały czas rozważania. Inna sprawa to taka, że tłumaczenie biblii z języków oryginalnych na język polski zmienia czasem, a nawet dosyć często diametralnie znaczenie, wiele razy jak mi jakiś fragment nie pasował, okazywało się że w oryginale znacznie tego fragmentu można przetłumaczyć, zrozumieć na kilka sposobów. Wychodzi generalnie na to że biblie w wielu fragmentach trzeba rozumieć zbawionym sercem, nie zawsze słowami. Bóg moim życiem jakoś dziwnie kieruje, że daje mi zrozumienie wielu rzeczy, czytając te historie biblijne często kończę płaczem, mam w zasadzie w dużej mierze wrażenie że je przeżywałem w swoim obecnym życiu, coś na ich podobieństwo… chwała Bogu za to, że tak zaplanował moje życie bym mógł sercem przeżywać to co tam opisane! Twoje życie też zapewne tam jest… jednak tylko Duch Święty może Ci to objawić! Jeszcze tego do końca nie rozumiem, ale się staram to jakoś pojąć. W każdym razie może się wydawać, że gdzieniegdzie twierdzę, że Bóg nie powiedział tego co napisane, nie twierdze tak, twierdzę natomiast co innego. Teza moja jest taka, że obecność Boża, nie chce i nie jest w stanie z miłości, przeskoczyć pewnego pułapu w nas, bo oddaje nam tą decyzję na ile chcemy tą obecność Bożą wpuścić do własnych serc. Zbliżająca się obecność Boża, zawsze mówi to co mamy w sercach i dlatego zdarzało się, że obecność dosyć często dosłownie zabijała, ale to nie ta obecność zabijała, zabijało to co w sercu dany człowiek nosił. Kapłani Izraelscy do miejsca bożej obecności wchodzili przywiązani sznurkiem by na wszelki wypadek można było ich ciała wyciągnąć. Jedyną drogą, aby tą obecność w pełni czysto odczytać, jest przyjęcie zbawienia – w starym testamencie mogli to ludzie czynić na konto przyszłego zbawiciela – żyli nadzieją zbawienia, wyznawali grzechy, składali ofiary i czynili inne rytuały – były to zapowiedzi zbawienia. W Nowym Testamencie czynimy to na konto tego co wykonało się na krzyżu (ew. J 19,4).  Nie przyjęcie zbawienia w pełni, często przekręca słowa wypowiadane jako słowa od Boga, i wypowiada słowa wywodzące się z serca, prorocy często byli ganieni za mówienie wymysłów własnych serc! A jak wiemy . Jezus miał w sercu tylko miłość, mógł więc znać pełną wolę Boga. Bóg jednak ma swoje sposoby na proroków, którzy nie potrafią ukoić swoich serc, ludzie wymawiając  wolę Boga, czasem byli/są wręcz w stanie ‚upicia się’ Duchem Świętym, wszystko po to, aby słowa Boga mogły się przez nich przebijać, w czystszej postaci, ich ciała są być ‚upite’. Bóg chce się do nas zbliżyć i przemawiać do nas i przez nas, jednak z miłości do nas, może to uczynić na tyle na ile nasze serca mają w sobie tylko miłość, a to w najczystszej postaci jest możliwe tylko przez rany i krew Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. Wszystko inne może wydawać nam się głosem Boga, jednak jest niczym innym jak głosem naszych serc.

Możemy np. w jakiejś sprawie być święcie przekonani, że to Bóg do nas przemawia, i nawet możemy mieć potwierdzenia od całej społeczności ludzkiej nas otaczającej, że tak jest, bo mogą słyszeć to samo… Problem jedynie w tym, że jeśli cała społeczność w sercu będzie nosić to samo, będzie żyła tym samym patologicznym zachowaniem, to co uznamy za głos Boga, w całej tej społeczności będzie patologiczne. Przychodząc do Boga pod łaską, przez Jezusa Chrystusa, możemy poznawać wolę Boga, niejako ‚skokiem wiary’, nie tyle starając zasłużyć na spotkanie z Bogiem – naszą prawdziwą naturą miłością –  co akceptując pełną łaskę wybaczenia.

Wygnanie – trauma odrzucenia

Boimy się śmierci! Jest to ostateczne oddzielenie od Boga… jedyny ratunek by przeżyć, to przeżyć jakoś w pamięci naszego potomstwa, musimy jakoś tak wychować nasze potomstwo by nas dobrze wspominało… naśladowało nasze czyny. Ot odkrycie…! – przekażemy mu naszą traumę odrzucenia, rzecz jasna nie świadomie, bo chcemy jak najlepiej dla dzieci, ale przekażemy zachowaniem. Jakoś tak wychowamy nasze potomstwo by było naszym intelektualnym i emocjonalnym przedłużeniem, damy upust własnemu egoizmowi przez nasze potomstwo. Niby umieramy… niby oddalamy się od Boga, ale poradzimy sobie inaczej, poradzimy sobie jakąś ewolucją ludzkości i pokażemy Bogu, że sami jesteśmy jak Bóg, co prawda nie operujemy jedynie w miłości, ale potrafimy sobie poradzić bez niej.

Niestety jak wiemy ‚ewolucja’ jako duchowy pomysł pierwotnych ludzi na przeżycie bez miłości, jako duchowy pomysł na wychowanie potomstwa jako lepszych od siebie, stała się czymś w rodzaju dewolucji… Potomstwo zamiast żyć dłużej, żyło coraz krócej, ilość gatunków stworzeń zamiast się zwiększać, albo przynajmniej być stałą,  zmniejsza się… podobnie też z jakością stworzenia… Coraz to nowe religie, pomysły na naprawianie świata stały się coraz większymi sidłami… Cała rzeczywistość nas otaczająca nam o trąbi i przekonuje nas o tym co w sercach nosimy, jednak wciąż temu jako ludzkość zaprzeczamy. Nie potrafimy choćby wyprodukować produktów, który by nie tracił na jakość z biegiem lat – idź do sklepu sprawdź- czy coś smakuje tak ‚jak dawniej’, to nic innego jak obraz naszych serc, przeradzający się na rzeczywistość. Coraz bardziej wyjałowiona ziemia, strategia pogarszania produktu tzw. spisek żarówkowy, to nadal to samo ‚przekleństwo’, harówki w pocie czoła, dane Adamowi! Nasze duchowe postawy mają też wpływ na rzeczywistość całego stworzenia, nie tylko na to co tworzymy rękoma, ale na wszystko włącznie np. z pogodą (patrz potop). Jakie są te nasze duchowe postawy?

Jako genetyczny  i duchowy Adam i Ewa mamy dylemat czy opowiedzieć wszystko naszemu potomstwu… co i jak? Opowiedzieć o tym, że kiedyś w raju było cudownie i że wszystko zepsuliśmy naszymi decyzjami? Powiedzieć im  że to, że śmierć istnieje na ziemi to nasza decyzja oddalenia się od Boga? Jak te dzieciaki na to zareagują? Czy nie będą na nas wściekłe? Wszystko co złego ich spotkało to decyzje nasze…? A potem ich… bo przejęli je w wychowaniu, w sercu po nas.. Czy te dzieciaki będą nam umiały wybaczyć? My byśmy byli na nich wściekli, wszystkie nasze strachy, stresy jak i to co najgorsze z powodu jakiejś decyzji  i to jeszcze nie naszej… tylko naszych rodziców. Ale zaraz… czy na naszym miejscu nasze dzieci nie zachowywałyby się podobnie, przecież nawet jak zrobimy wszystko by nie powtórzyć naszych błędów, to właśnie wtedy je popełnią, co jest nie tak? To napewno z tą miłością jest coś nie tak, to napewno z tym Bogiem jest coś nie tak – czym… kim on jest? Czy ktoś jest w stanie pojąć miłość -życie wieczne, które poza miłością jest tylko miłością, miłość która daje wybór w postaci możliwości oddalania się od miłości, odłączenia od niej? Jak pojąć takiego Boga, z nim jest coś nie tak? Jedząc zakazany owoc mieliśmy być jak Bóg, staliśmy się jednak zupełnie odmienni, staliśmy się krwiożerczymi stworzeniami! – nie pojmujemy już Boga, musimy zakładać szaty (listki figowe, skóry, aż do szaty doskonałej) by się z nim spotkać, bo nie rozumiemy że on może nie znać niczego poza miłością. On przecież musi znać zło skoro my je znamy! To jest nie do pojęcia że on nie zna zła, on je musi znać tylko tak doskonale je ukrywa, i doskonale spiskuje przeciwko nam.

Już wcześniej mieliśmy problem z przyznaniem się do winy… Ewa zwaliła winę na szatana… Adam zwalił winę na Boga co stworzył Ewę… Czy teraz przed dziećmi przyznamy się do winy? Nie jesteśmy w stanie utaimy ją… przecież jak się przyznamy przed naszym potomstwem oni nas odrzucą… Wtedy zginiemy już na zawsze, nie przetrwamy nawet w ich pamięci, w najlepszym razie nas wygnają. A kto wie może nam wybaczą, a my byśmy wybaczyli na ich miejscu… czy może szukalibyśmy winnego… Jak zjedliśmy zakazany owoc.. szukaliśmy winnego nikt z nas nie chciał się przyznać… Ewa zwaliła na węża, Adam wybrał by zwalić winę na Boga, jest w tym jakiś sens, w końcu to on wszystko stworzył. Nie ważne że to wszystko co stworzył było dobre, a teraz nie wszystko jest dobre za nasza sprawą, ale jednak to on stworzył. Więc to może on jest winny?

Z Bogiem mamy problem… ciągle przychodzi, ciągle odwiedza świat. Ciągle szuka człowieka… ciągle chce z człowiekiem przebywać, cieszyć i radować się z nim. Lepiej też by dzieci nie zbliżały się aż nadto do Boga, by Bóg im prawdy nie powiedział, on przecież wszystko wie, zna wszystkie nasze uczynki… Będziemy im od małego wpajać strach przed Bogiem… co złego to Bóg. Przecież to jego wina… on rzuca te przekleństwa… z jego powodu to wszystko. Jak tak wyjaśnimy naszemu potomstwu będziemy mogli żyć w spokoju, nic nie wyjdzie na jaw. Skoro zło istnieje na ziemi, to ktoś musi być ten zły, napewno nie my. Damy tą łatkę Bogu, szatanowi wszystko jedno wymyśli się jeszcze jakieś inne bóstwa, powody wyjaśnienia, byle nie była to nasza łatka, i byle potomstwo nie dowiedziało się prawdy. W głębi duszy pragniemy by potomstwo poznało pełną prawdę, ale ta prawda jest tak ciężka że nie wiemy co będzie dalej… czy przeżyjemy to wyznanie… prawdy? To wszystko doprowadzi do tego że jak się Bóg pojawi, to już prawie nikt go nie rozpozna, oby się prędko nie pojawił… ale on przyjdzie to będzie dzień straszny.. Wyjdą na jaw wszystkie nasze przewinienia.. Straszny będzie to dzień sądu!

Nie zauważyliśmy tylko, że utajona wina wychodzi na jaw w czynach, zachowaniach i utracie stabilności emocjonalnej ciała, ciała żyją coraz krócej.. Coraz częściej chorują… z całego  stworzenia uchodzi życie, całe stworzenie ulega dewolucji z wielkich dinozaurów do maleńkich strachliwych jaszczurek… Jezus mówił, że już w sercach grzeszymy… ale temu zaprzeczamy. Jeśli w sercach grzeszymy to konsekwencje tych grzechów też gdzieś zatem muszą się objawiać… Przyznanie się do winy jest tak trudne, że nie jesteśmy w stanie tego uczynić. Nawet jak się już przyznamy jak dzieciaki będą duże… to i tak nic nie da, nie przywróci im życia wiecznego… traumę i tak przekazaliśmy im w genach… i tak umrą…Jest jednak plan, ten Bóg jak podeszliśmy do niego w listkach figowych, dał nam z jakiegoś dziwnego powodu skórę? O co mu chodzi? Może nie odrzucił nas tak na zawsze? Może jednak nadal z nami chce rozmawiać? Hmm… kto to pojmie? Kto się zbliży do Boga i pozna choć trochę prawdy  jego planów? Czy jest jakiś ratunek na oddalanie się od Boga?

Przekleństwa na świat rzucone przy wygnaniu z raju…

Mężczyzna będzie w znoju pracował… kobieta będzie w bólach rodziła, będzie wzdychała do męża.. Dlaczego? Skąd takie przekleństwa na świecie istnieją? Napewno nie z naszej winy… przecież to Boga wina, to przecież Boga przekleństwa… pojawiły się tuż po wygnaniu z raju, odrzucenia do życia wiecznego. Ale czy miłość może przeklinać?

Ja mężczyzna – nie przyznam się do tego, że życie moje kierowane jest strachem przed śmiercią… nie przyznam się do tego że odrzuciłem doskonałą miłość, to napewno miłość mnie odrzuciła. Teraz żyjąc strachem że umrę muszę gromadzić więcej i więcej, więcej pożywienia i innych rzeczy dających mi przeżycie. Zapomniałem tylko dodać, że nie wiem kiedy skończyć gromadzić? Kiedy będzie zaspokojone moje gromadzenie? Hmm… mam już swój spichlerz pełen.. Mam już swój brzuch pełen… ale jak to się dzieje, że są mężczyźni co mają po 2 spichlerze… może oni czują się bezpieczniej niż ja? Hmm…może ja powinienem mieć 3 spichlerze.. Albo nie od razu zapełnię 5 spichlerzy z jedzeniem, będę miał wtedy najwięcej i nie będę już tak się bał śmierci. A nawet jak się przyznam do swojej słabości przewartościowuje to jakoś, uznam że gromadzenie dóbr to sposób na chwałę… Muszę rywalizować, wygrywać! Cały czas mam wrażenie, że mam za mało, cały czas muszę mieć więcej zasobów, władzy i innych tym podobnych…

Ale jak to zrobić…  przecież mam tylko siebie do takiego gromadzenia.. Hmm… mam przecież żonę będziemy razem gromadzić, będę miał dzieci i one też pomogą mi gromadzić. Ale z żoną też będzie problem… nie mam jak się do niej tak do końca jak zbliżyć… będę ją po cichu gdzieniegdzie odrzucał bo jak się z nią tak do końca naprawdę zbliżę, to będę się z nią musiał podzielić wszystkim co mam tak na stałe…. Nie wiem czy wtedy tych spichlerzy dla mnie starczy. Napewno muszę na wszelki wypadek być od niej silniejszy i  ją dominować, będę ją też trzymał na dystans.Nie mogę okazać słabości, bo umrę… przyjdą do mnie moje strachy przed śmiercią. I to ja muszę wszystkimi zasobami zarządzać, będę jej robił prezenty, ale nigdy nie dam całości swoich zasobów, bo muszę się czuć bezpiecznie- to jest najważniejsze.

Ja kobieta….- nie przyznam się do tego, że życie moje kierowane jest strachem przed śmiercią…  nie przyznam się do tego, że wyborem odrzuciłam doskonałą miłość, to napewno miłość mnie odrzuciła.  Zostałam oddzielona od ciała gdzie byłam jednością z mężczyzną, zaraz potem też  przyszła śmierć, oddzielenie od Boga, odrzuciłam go. Przecież na początku z mężczyzną byliśmy jedno, wtedy żyliśmy wiecznie… byliśmy tez jedno z Bogiem było cudownie. Teraz jestem w pamięci genów oddzielana najpierw od mężczyzny, potem od życia wiecznego teraz od matki rodząc się, ale matka jak tylko dojrzewam… mnie teraz nie chcę to boli, moje ciało mi ciągle o tym bólu oddzielenia przypomina… Czemu rodzice mnie odrzucają i wysyłają do mężczyzny… A ten młody mężczyzna, on mnie chce… jest cudownie –  na tym świecie ktoś kto mnie chce, chce się ze mną zjednoczyć, ale co to? I chce i nie chce – nie rozumiem? Pragnę być z nim jedno, a jednak on jakby nie do końca, czemu on nie ma tego pragnienia. Daje mi jakieś prezenty, bo boi się do mnie zbliżyć. Muszę być dla niego bardziej atrakcyjna, wtedy będzie pragnął być ze mną dłużej, muszę być dla niego tą jedyną, tą najlepszą, inne kobiety są dla mnie zagrożeniem, obym to ja była tą jedyną dla tego mężczyzny. Być przy mężczyźnie to jedyne miejsce gdzie nie jestem odrzucana, być blisko niego. Nie jest to coprawda jedność z Bogiem, której pragne, ale jest to miejsce jakkolwiek choć przez momenty w życiu osiągalne. Mogę też dawać życie, nosząc dziecko w sobie jestem z nim jednością! Ale poród boli… poród boli bo to znowu ta sama trauma oddzielenia… przy każdym porodzie muszę tą traumę oddzielenia od Boga znowu przeżywać…

Pojawiły się dzieci… najpierw są one w brzuchu kobiety… są one dla niej błogosławieństwem jak i zagrożeniem. Jak się urodzą, mąż już nie będzie w 100% nią zainteresowany, będzie miał też dzieci, nimi też będzie się interesował. Urodzenie dzieci to strata z nimi jedności jak i jakaś strata męża… to naprawdę boli – znowu oddzielenie, już nie będzie z nim jednością, są też dzieci.  Będzie musiała podzielić się mężem z dziećmi… ten mąż i tak ucieka ode mnie i tak jest go mało, a teraz jeszcze dzieci – to boli… rodzenie potomstwa boli, poród odbywa się w bólach. O ile to możliwe to ona będzie się opiekować dziećmi i kłaść je spać, aby móc spędzać wymarzony czas jedności z mężem musi zmniejszyć zainteresowanie męża dziećmi, zresztą jemu to odpowiada, aby dzieciaki nie były dla niego zagrożeniem, musi je wychować jako ‚narzędzia’ do swoich celów ‚ustanowienia patriarchalnych zależności’. Gdzieś wewnętrznie kobieta chce mieć dzieci, z miłości z chęci dzielenia się życiem, w praktyce jednak poród jest bolesny – oddzielający, przywołujący genetyczne wspomnienie traumy. Jak to będzie córka… będzie ona w końcu ładniejsza od niej, trzeba ją szybko wydać z mąż by oddalić ją od męża, oddalić od domu – młodsza, silniejsza, ładniejsza. Dla Ojca córka też na niewiele się zda, nie ma tyle siły, nie umie tyle gromadzić co syn, ale można ją wykorzystać do rozszerzenia rodziny, rozszerzenia strefy bezpieczeństwa… Jak to będzie syn, niech idzie naśladować Ojca, taka mała kopia męża, jego z kolei mama będzie się bała wypuścić – czasem powstaje taki maminsynek, a tata będzie się go bał… dlatego jak tylko zacznie przybierać na sile to go emocjonalnie oddali znajdując mu żonę. Dzięki dzieciom i koligacjom rodzinnym możemy poszerzyć swoją rodzinę poszerzyć wpływy czuć się bezpieczniejsi

Aby być od tego schematu wolni, jak nie rodzić w Bólu, jak rodzić z miłości, jak nie gromadzić, jak nie konkurować… z pokolenia na pokolenie, jako ludzkość próbowaliśmy coraz to nowych metod nie udało się…. musimy mieć w ‚nienawiści te tradycje’, jak to jednak zrobić? – Bóg ma na to plan, to plan zbawienia! – to gdzieniegdzie prorokom, których próbowano zabić, Bóg objawiał po trochu… na tyle na ile ich serca były gotowe.

Śmierć – trauma odrzucenia przekazywana z pokolenia na pokolenie

Nie byłoby żadnego problemu gdyby nie śmierć, praktycznie wszystkie grzechy poza tym ,z powodu którego przyszła śmierć, spowodowane są właśnie nią  – śmiercią – czyli odrzuceniem, oddaleniem się od Boga. Nagle za przyczyną śmierci, oddalenia się od Boga – wszystkie zasoby stały się ograniczone, o wszystko trzeba walczyć, wszystko zdobywać…  nawet, a może zwłaszcza jest problem z czasem, który powoli zaczyna gonić pierwszych ludzi. Gdyby nie ograniczony czas – spowodowany śmiercią, żyć byłoby nam łatwiej… Skąd przyszła śmierć czym ona jest?

Czy to Bóg wygnał nas z raju? Czy to on przysłał śmierć? Czy to Bóg nas odrzuca? Czy to Bóg generuje traumę odrzucenia?

Jezus wyraźnie na pytanie, ‘pokaż nam Ojca, a to wystarczy’  (J 14, 8)- wskazał na siebie. Czytając nowotestamentowe pojmowanie Boga, wychodzi na to że to Bóg nas szuka, bardziej niż my jego… Ale Bóg jest przecież taki sam? Jak to więc możliwe, że nas odrzucał wcześniej, a teraz nas szuka, skoro jest taki sam?

Skoro jest taki sam, jak to jest że najpierw nas odrzucił, a teraz nas przyjął?

“Ktoś tu robić z Boga Schizofrenika” – zsyła na ludzi śmierć – odrzucenie, a teraz nagle zsyła na ziemię życie wieczne. I na dodatek mówi, że jest obrazem Ojca…?

Razu pewnego, słyszałem dość sensowne tłumaczenie, że z raju Bóg nas wygnał, by  zło na ziemi nie trwało wieczne. A w raju mogliby zjeść z drzewa życia wiecznego… i wiecznie mielibyśmy wojny itd. Wytłumaczenie takie jest bardzo zaspokajające.. Jednak nie do końca mnie satysfakcjonowało, bo to jednak by wyszło na to że to Bóg – miłość (ten sam z listu do Koryntian 1 Kor 13), jakimś cudem nas odrzucił, zsyłając śmierć…

Dręczyły mnie historie Henocha i Eliasza… Jeden chodził z Bogiem, aż do nieba zaszedł, drugi też był na tyle blisko, że nie umarł, poleciał taksówką do nieba. Co jest grane?  Niby weszli do nieba na konto planu ‘przyszłego’ zbawienia, jako prorocy mieli zapewne takie objawienie, no i spoko… ale dalej mi coś tu nie pasuje?

Czy to Bóg odrzucił człowieka czy człowiek Boga? Bóg przyszedł odwiedzić Adama i Ewę w raju taki sam… Bóg się nie zmienił, wychodzi z otwartymi ramionami… człowiek wychodzi do Boga z uczuciem jakiegoś zagrożenia, boi się Boga, chce się przed Bogiem zasłaniać. Kto tu kogo odrzuca –  człowiek Boga czy Bóg człowieka? Czy to Bóg chce się zasłaniać przed człowiekiem czy człowiek przed Bogiem?

Dla mnie w tym obrazie wyraźnie, widać że to człowiek pierwszy odrzucił Boga, człowiek pierwszy odrzucił miłość doskonałą, na dodatek nie umie się do tego przyznać, nie umie wziąć winy na siebie, tylko zrzuca winę dalej. Ewa zrzuciła winę na węża – zwiedzenie – na podszepty kłamstwa, Szatan skłamał, że będziemy jak Bóg, a Ewa uwierzyła i przypisała Bogu podstęp, że coś przed nami ukrywa. Byliśmy wcześniej stworzeni na  podobieństwo Boga…. Bóg nie zna zła… Adam zaś zrzucił winę na Boga…. Taka konstrukcja człowieka, taka konstrukcja genetyczna – psychiczna, odrzucająca Boga –  odrzucająca miłość – strachliwa – zrzucająca winę z siebie, od tamtej pory rozmnażała się na ziemi. Taka konstrukcja przy spotkaniu z Bogiem, przypisuje mu wszystko to co czego On nie przyjmuje – czego w nim nie ma. W Bogu nie ma odrzucenia – miłość nie reprezentuje sobą odrzucenia – reprezentuje sobą miłość, a jednak ludzkość przypisała mu takie cechy…Ludzkość też przypisała winnemu Bogu cechy męskie, bo to wedle Adama – Bóg zawinił stwarzając kobietę i to przez nią wszystko złe… Adam kreuje się tutaj na totalne niewiniątko. Kłamstwo i zwiedzenie zaś często przypisywane jest kobietom. Z takimi pozostałościami po genach naszych rodziców Adama i Ewy się urodziliśmy… nie są to jednak na szczęście cechy Boga, gdyż ten jest miłością i ma cechy zarówno męskie jak i kobiece, te więc w ‘oryginale’ też muszą być miłością. Wyraźnie  widać wydźwięk tego pierwotnego zdarzenia w kulturze, czy też w badaniach antropologicznych, czy psychoanalitycznych analizujących to z czym człowiek się rodzi i z czym sobie musi w życiu poradzić. 

Kto więc kogo wygnał? Kto zesłał śmierć na człowieka?

Śmierć przyszła w sercu już w momencie zerwania owocu… przychodzi później też fizycznie, Abel ginie pierwszy… Serce Adama i Ewy wciąż bije… jednak nadzieja na naprawienie świata coraz mniejsza… Nadzieja na stworzenie raju własnymi drogami bez miłości, nadzieja na bycie Bogiem bez Boga (miłości) nie wychodzi…. Kain zabił Abla… może następne nasze dzieci sobie lepiej poradzą. Może następne dzieci lepiej wychowamy? Hmm… nie działa, nie wychodzi, jakkolwiek byśmy naszych dzieci nie próbowali wychować coś jest nie tak. Próbujemy tym dzieciakom coś wmówić jak się mają zachować, próbujemy ich wychować, jednak ich zachowanie nie jest już takie jak byśmy chcieli… może to nasza wina? Może nie poradziliśmy sobie w wychowaniu? Może źle wychowaliśmy potomstwo? Może jakbyśmy zostawili dzieci w spokoju, dali im żyć bez nas, może by im było lepiej? Może już czas odejść? Może jak nas nie będzie na ziemi to nasze potomstwo w końcu sobie lepiej poradzi? Nie chcemy umierać, nie chcemy znikać… ale widzimy, że nie dajemy rady przekazać innym tego co dostaliśmy od Boga, nie jesteśmy w stanie przekazać dzieciom wzajemnej miłości. Nasz jeden syn zabił drugiego, co jest grane czy to tak miało być? Gdzie teraz jest Abel? Może Abel ma teraz lepiej, może powrócił do Boga? Ale jak – jakim cudem, czy Bóg znalazł jakieś rozwiązanie czy Abel jeszcze gdzieś istnieje? Życie w coraz bardziej zdeprawowanym świecie powoli traci sens, śmierć go natomiast nabiera, skoro przez nas przyszło zło na świat, to może jak nas nie będzie może przyjdzie na powrót miłość? Może jak nas nie będzie, to nasze potomstwo się bardziej rozwinie i powróci w końcu raj?

Ludzkość od czasu Adam i Ewy woła o śmierć, w apokalipsie jest to jasno wręcz wyrażone ‚będą wołali o śmierć a ta nie będzie przychodzić’, robimy wszystko co potrafimy by się wyniszczyć na tej ziemi… Oczywiście wszystkiemu zaprzeczamy i jak Adam, zrzucamy winę na Boga, że to on woła naszej śmierci – ale to już standard naszych duchowych rozwiązań. Bóg jednak nas nadal kocha otaczając nas miłością, na ile tylko mu pozwalamy się do siebie zbliżyć. I czeka… i czeka, aż w końcu zaakceptujemy jego rozwiązanie, to nasz ruch teraz, zaakceptować jego warunki zbawienia, bo wszystkie inne  nie są miłością i prowadzą do samozagłady.. Czym jest każdy wypalony papieros z napisem ‚palenie zabija’ jak nie wołaniem o śmierć? Czym jest coraz powszechniej – wszech panująca depresja i różne jej rodzaje w tym melancholia, jak nie wołaniem o śmierć, cichym samobójstwem? Czym są uzależnienia, jak nie wołaniem o odebranie nam wolnej woli która daje nam życie? Czym są wojny, kłótnie i inne konflikty, jak nie wołaniem o wyniszczenie siebie nawzajem… Nie wiem ile jeszcze zostało nam czekania, aż Bóg nadejdzie w chwale na ziemię, ale nadejdzie i wszelakie znaki i proroctwa objawiają, że stanie się już niedługo. Boże rozwiązanie na to wołanie jest jedno… przyznać się przed Bogiem, że wołamy o śmierć, przyjąć jego Syna, Jezusa Chrystusa jako Pana i zaspokoić to wołanie o śmierć, w jego ranach i krwi… a przyjdzie wolność, ludzkiego rozwiązania na to wołanie nie chcę znać… i chwała Bogu od czasu przelania krwi Jezusa, od czasu narodzenia na nowo z wody i z ducha, nie muszę znać.

Odrzucając Boga, który jest miłością, ludzkość odrzuciła siebie, bo jako ludzie w pełni zdrowi żyjący wiecznie powinniśmy być obrazem doskonałej miłości, Adam i Ewa odrzucili jednak to życie… wybierając powolne coraz dalsze oddalanie się i kreowanie świata wedle swojej wizji. Jesteśmy stworzeni do bycia uzależnionym od miłości, uzależniamy się jednak od innych rzeczy…. W Adamowej wizji świata istnieje Bóg… który zna zło, jednak bardzo się z tym ukrywa… Jego prawdziwa natura nie znająca zła została zakamuflowana na kilka tysięcy lat, kiedy to na nowo odkrywamy ją w Jezusie Chrystusie. Przez to odkrycie możemy na nowo przyjść do Boga, a Bóg może odnowić z nami relację, której tak bardzo pragnie.

Czy to były świadome rozważania czy nie.. śmierć przyszła… a wraz z nią myśl dewolucyjna, zło się szerzyło a człowiek żył na ziemi coraz krócej. Stworzenie coraz bardziej dewoluowało. Na domiar złego okazało się, że im bliższa rodzina tym większa nienawiść między sobą nawzajem… koniec z łączniem się w pary w bliskiej rodzinie – bo rodzą się osoby skażone genetycznie – krótko żyjące (stwierdzone naukowo). Im bliższa rodzina, tym bardziej szerzy się miedzy nami nienawiść… Bóg jednak jak przychodzi chce być znacznie bliżej niż ktokolwiek z rodziny… Czy jego też znienawidzimy? – oczywiście temu zaprzeczamy i to całym sobą. Miłość rozumiana po ludzku to nic innego jak zaborczość… Doszło do tego, że swoje dzieci na zabijamy… rzecz jasna nie my, to Bóg żąda od nas ofiar… Ojciec by móc kochać syna, by nie złożyć go na ofiarę –  musi go przynajmniej okaleczyć, niemalże kastrować – obrzezać, inaczej nie potrafi wykrzesać doń miłości, w niektórych kulturach podobnie jest z kobietami… też są obrzezywane… Wciąż jednak paranoicznie jak Adam, wszystkiemu zaprzeczamy, twierdzimy jakoby to odwieczna miłość nakazywała takie i inne praktyki. To Bóg tak nas stworzył, to On tego żąda… Jednocześnie tym samym zamykamy kolejnym pokoleniom możność zbliżania się do Boga, kto chciałby taką krwiożerczą, sadystyczną miłość Boga spotkać? Bóg jednak nas kocha… i ma plan… wybrał naród o zatwardziałym karku i twardych sercach, w którym najwcześniej może się objawić jego chwała, jego doskonała ofiara.

Co to za nasz Duchowy Ojciec, który w obronie totalnej rozpusty w Sodomie i Gomorze handluje z Bogiem by jeszcze tych grzeszników przez chwilę zachował przy życiu, natomiast  w przypadku swojego rodzonego Syna, który nie zdążył jeszcze wiele nabroić pędzi w amoku by go zabić – złożyć w ofierze, nie myśli wtedy nawet o najmniejszym handelku z Bogiem? Nawet w przypadku syna z niewiary Ismaela  wyprosił o powodzenie… Co ten Abraham ma w sercu, by w obronie swojego prawdziwego syna z wiary nie handlować? I na domiar tego co to za Bóg, który takiego Duchowego Ojca każe nam pokochać i zaakceptować? Abraham miał w sercu… nadzieję zbawienia, czyny świadczyły co innego, jednak w głębi serca musiał mieć w sercu nadzieję zbawienia! Inaczej nie byłby w stanie usłyszeć Boga, pokazującego mu owcę… Gdyby nie miał tej nadziei, nie mógłby ujrzeć dnia zbawienia… gdyby nie miał tej nadziei zatkał by sobie uszy i nie słyszał! To jest błogosławieństwo Izraela, te ‚zatwardziałe uparte karki’, mimo swoich wad, potrafiły przez kolejne lata nosić w sercach nadzieję na zbawienie! Nadzieję na zbawienie od kręgu śmierci, nadzieję na wybawienie… tą nadzieją była doskonała ofiara, dla żądz naszego serca syn Boga, Jezus Chrystus.

Abraham choć nie, bezpośrednio przyznawał się przed Bogiem do swoich grzechów… Handel o Sodomę i Gomorę to tak w zasadzie przyznanie się do tego co on sam nosi w sercu… W zachowaniu jakoś nie oponował zdradzając swoją żonę ze służącą… zdradził i jakoś wyglądał nawet na zadowolonego, niby to Sara mu podsunęła  Hagar, ale czy naprawdę w sercu tego chciała? Może miała nadzieję, że Abraham odmówi? On jednak nie odmówił… Widząc sąd mający nadejść na rozpustę (oddalenie się od Boga Sodomy i Gomory), przeraził się i handlował z Bogiem, bo wiedział w sercu, że sam tą samą rozpustę niedawno uczynił. Ten handel to pewnego rodzaju przyznanie się przed Bogiem do swojej postawy serca. Musiał mieć zapewne w wyobraźni, że sam też w sercu był tym ‚Sodomczykiem’, a przynajmniej, że nie jest od nich wiele lepszy – niedawno zdradził żonę – handlował więc… o Siebie! Tym handlem przyznał się przed Bogiem do swojej postawy serca! Bóg natomiast zezwalając na ten handel, przystając na warunki Abrahama, objawiał mu swoje serce, objawiał mu kim i jaki tak naprawdę jest, na ile to było możliwe, na ile mu Abraham pozwolił.

Poprzez przyznawanie się przed Bogiem do swoich postaw w sercu czy też innych grzechów, dajemy Bogu drogę, możliwość do zbliżania się do siebie, przestajemy zatykać sobie uszy… Abraham handlując o Sodomę i Gomorę z Bogiem, odrobinę odetkał sobie uszy, pokazując co mu w sercu siedzi, mógł przez to Boga lepiej usłyszeć później. Bóg zezwalał na to w wielu formach, te grzechy które jesteśmy świadomi mamy wyznawać, za inne składane były ofiary… dziś jednak działa przyjęcie (przyłożenie rąk) do najdoskonalszej ofiary Jezusa Chrystusa, to jest skok który w jedną chwilę jest nas w stanie przywrócić do najbliższej relacji z Bogiem naszym stworzycielem jaka jest możliwa, do stania się dziećmi Boga.

Nie Bóg wygnał człowieka, ale Człowiek wygnał Boga ze swojego serca!

Człowiek zaczął się wstydzić swojego stworzyciela, człowiek przestał znać Boga, przestał go rozpoznawać takim jakim jest, człowiek przestał Boga rozpoznawać jako miłość. Człowiek przypisał Bogu cechy krzywdziciel. Na tyle wzrok Boga miał być krzywdzący, że człowiek musiał się zasłonić. Spotkania z Bogiem stały się od tej pory traumatyczne dla człowieka, każde takie spotkanie to konfrontacja z tym czego Bóg-Miłość w sobie nie ma, a istnieje w nas. Konfrontacja z cechami jakie człowiek nosi w sobie, a Bóg ich nie ma!

Wygnanie Boga ze swojego serca to nic innego jak śmierć, bo Bóg to życie – miłość. Coś co nie ma życia – umiera, znika… Czy to więc Bóg zesłał śmierć? Czy też ludzkość mu to przypisała i w genach (biblijnym słownictwem w duchu) nosi ze sobą od stworzenia świata? Kto odrzucił życie? Kto odrzucił miłość?

Lekcja pierwszych ludzi –  oddalanie się od Boga – grzech i zbawienie

Jeśli ja kłamie wobec innego człowieka – przypisuje kłamstwo Bogu, jeśli Ja chcę kogoś skrzywdzić przypisuje to Bogu, ze chce mnie skrzywdzić. I nie muszę nic robić, robię to już w sercu! Adam z Ewą ukrywali się przed Bogiem zanim jeszcze z nim rozmawiali, już w sercu przypisali mu cechy ‘krzywdziciela odkrywającego ich nagość’ mimo że on tych cech nie miał. Już w sercu oddalili się od Boga, już w sercu umarli – oddalili się od Boga. Nie musieli nic mówić by grzeszyć – oddalać się od Boga.

Dlatego Jan pisał wyraźnie w listach, że jeśli nie potrafisz kochać swojego brata którego widzisz, to nie potrafisz kochać też Boga, którego nie widzisz. Jeśli nie  potrafisz kochać choćby jednej osoby którą widzisz, nie będziesz potrafił kochać też Boga, którego nie widzisz. Wszystko co nie jest w Tobie miłością przypiszesz  Bogu, ale on ‘tego’ nie przyjmie i wróci ‘to’ do Ciebie, przy spotkaniu z nim. Przy spotkaniu z Bogiem otrzymujesz pełną świadomość swoich grzechów – oddaleń się od niego, otrzymujesz pełną świadomość wszystkiego co nie jest w Tobie miłością i jest to wtedy przypisane Tobie! Bóg nie przyszedł jeszcze na ziemię tylko i wyłącznie ze względu na nas – ludzi, byśmy mogli mieć szanse poznać ewangelię, a co to takiego?! Dopóki tego w pełni nie pojmiemy, nie przyjmiemy – nasze ciało będzie na ziemi umierać, będzie powoli się starzeć i oddalać od Boga.

Po ludzku nie jesteśmy w stanie każdego w sercu kochać, wiedząc że czeka na nas śmierć! Mając ciało i ducha który wie umiera, żyjemy w stresie i jakiejś uczynkowości…. Jezus powiedział, że musimy narodzić się na nowo, z wody i z Ducha. Z wody poprzez chrzest dajemy naszym obecnym komórkom ‘wytchnienie’ pogrzebanie w śmierci Boga (nasze komórki są na tyle ‘skażone’, że żądają od nas śmierci przy spotkaniu z Bogiem). Robiąc to z wiarą wierzymy, że grzebiemy wtedy swoje ciało wraz ze śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa. Nowe narodzenie z Ducha zaś daje nam nową podstawę swojego istnienia, wewnętrzne przekonanie o życiu wiecznym, przekonanie o tym że nie czeka na nas śmierć, a życie wieczne. Nie zawsze na spokojnie się to w pełni objawia, czasem ‘jakby przez ogień’, ale życie wieczne jest i każdy nowo narodzony chrześcijanin żyje jest właśnie w nim, w życiu wiecznym, bo nosi u podstawy swojego istnienia właśnie to przekonanie. Tego przekonania o życiu wiecznym jest więcej lub mniej ale jest… to jest od nas zależne czy chcemy więcej czy mniej dać się Bogu odnaleźć, czy chcemy być jak Abel przyznając się do swoich żądz czy wolimy być jak Kain? W każdym razie odkrywając się przed Bogiem, dzieje się coś duchowego przestajemy się  starać… widząc że jesteśmy akceptowani, przestajemy wtedy mieć chęci zasługiwania, zaczynamy żyć czystymi chęciami miłości, akceptacji, życia… I nie wynika to z naszego starania (np. faryzeizm – konieczność zasłużenia), czy też choćby wyciszenia żądz (medytacje), wynika to z kompletnej duchowej i fizycznej zmiany podstawy naszego istnienia, a stało się to dzięki wywyższeniu na krzyżu Jezusa Chrystusa, syna Boga, dzięki osobistemu przyjęciu jego ofiary, jako poznanie miłości Boga do nas. 

Aby się to jednak zadziało, potrzebowaliśmy jako ludzkość spełnić rządzę Adama i Ewy, jak i rządzę wszystkich naszych grzechów – ‚oddaleń się’ od Boga. Spełniliśmy to wysyłając na egzekucję samego Boga – abyśmy mogli to fizycznie zrobić musiał się nam objawić jako człowiek – taki jak my z krwi i kości. Bóg wiedział co jest w naszych sercach, już wtedy gdy jako ludzkość poznaliśmy zło. W związku z tym jednak, że nie umieliśmy się do tego przyznać, w planach czekał aż to ‘zło’ się na tyle rozprzestrzeni na ziemi, że będziemy w stanie jako ludzkość to wyrazić choćby w czynach. Adam i Ewa nie byli w stanie tego wyrazić w czynach, które w pełni by zaspokajały nasze ludzkie serca… ich jednym ze znanych nam czynów, pokazujących swoje żądze odkrycia nagości Boga była zasłonka z gałązek, którą musieli się zakryć, nie byli też w stanie przyznać się do swoich grzechów słownie (zrzucali słownie i w sercu zapewnie też winę z siebie). Ale i to, i to odkrycie nagości zostało w  końcu zaspokojone w nagim Jezusie Chrystusie wiszącym na krzyżu! Kain i Abel umieli już bardziej się przyznać do swoich żądz, składając ofiary… przypisali miłości (Bogu) żądanie od nich ofiar… Bóg z miłości na to przyzwalał (miłość nie wypomina!), wiedział też, że jak jemu tych cech nie przypiszemy to zrealizujemy je między sobą. Pierwszym przykładem był Kain… nie przyznał się że ma obraz żądnego krwi Boga i zaprzeczył przed Bogiem swoim żądzom, nie mógł się więc zbliżyć do Boga, tak blisko jak zbliżył się Abel… ale w sercu żądze nosił. Zrealizował to co nosił w sercu… zabijając brata… w sercu jednak pewnie trzymając tradycję taty, zwalił winę na Boga, bo to Boga wina, że zbliżył się do Abla bliżej niż do niego…

Wywyższenie na krzyżu Jezusa Chrystusa – Syna Bożego, który był bez grzechu czyli bez oddalenia się od Boga, pozwoliło nam jako ludzkości przyjąć do serc to, że problem z miłością nie jest po stronie Boga, ale po naszej stronie! Uświadomienie sobie tego, że jako ludzie nie jesteśmy nawet kochać w doskonałej miłości, jest sporym problemem. Ale tu na ratunek przychodzi rzeczywistość duchowa – ran i krwi Chrystusa. Nie wiem co się dzieje duchowo – nie mamy jako ludzkość ogarniętej naukowo duchowej rzeczywistości w pełni. Są różne badania o tym, że miłość działa, ale to aktualnie margines badań naukowych – jestem jednak tego pewien, że jest to siła stwórcza i siła która ten cały świat trzyma jeszcze ‘w kupie’ wszystkie bomby atomowe  stworzone przez ludzkość, ani jakiekolwiek rzeczywistości duchowe są niczym wobec tej siły – praktycznie nie istnieją – w prawdziwej rzeczywistości miłości istnieją tylko rany i krew Chrystusa, oraz Nowa Ziemia – Nowe Jeruzalem i Nowe Stworzenie. Jedyną zaś możliwością zrozumienia tej rzeczywistości jest przyjęcie Jezusa Chrystusa, Syna Bożego jak zbawiciela, zaczyna się wtedy z nami dziać coś duchowego. Narodziny z Ducha i z wody pozwalają nam się na nowo rozwijać, rozwijać w nowej rzeczywistości, w tej rzeczywistości ze starego świata prawdziwe są tylko rany i krew Chrystusa.

Być może czytasz ten tekst i nic nie pojmujesz… a być może, że jest to dla Ciebie objawieniem i życiem. Możesz czytać ten tekst Nowym lub Starym Duchem, możesz czytać ten tekst mając pewność zbawienia i życia wiecznego, pragnąć pełnego objawienia na ziemi Królestwa Bożego, a możesz czytać ten tekst żyjąc wciąż strachem przed śmiercią. Masz wybór czy chcesz wrócić do Boga przez Jezusa Chrystusa, czy chcesz dalej jak Adam i Ewa samemu sobie ‚rzepkę skrobać’ i jakoś jeszcze dać radę ‚ewolucją’. Jezus niedługo powróci… a uczyni to jak dobra Nowina o Królestwie Bożym będzie głoszona na całym świecie, głośmy więc! I cieszmy się na nowo jednością z Bogiem, dzięki jego miłości w postaci ran i krwi Jezusa Chrystusa. jego Syna.

Analiza tego co nosiło serca Adama i Ewy, analiza tego co nosiły serca naszych przodków genetycznych i duchowych – to nasza genetyczna i duchowa świadomość… musimy ją pokochać i zaakceptować. Jak to zrobimy będziemy w stanie pokochać też w pełni Boga – naszego pierwotnego przodka, i będziemy w stanie wydawać na świat dzieci w pełnej miłości. Dopóki mamy jakiekolwiek zarzuty do któregokolwiek naszego duchowego czy też genetycznego przodka, mamy też zarzuty do siebie i do Boga, bo to On nas stworzył!

Gdy pokochamy i zrozumiemy nasze pochodzenie, wtedy Bóg będzie mógł na powrót przyjść i objawić się nam w swojej chwale (zobacz ostatnie zdania z księgi Malachiasza)! A my nie będziemy się przed nim zasłaniali… – tylko przez Chrystusa? Realnością starego świata zostaną tylko rany na naszym bracie, największym wywyższonym słudze Jezusie Chrystusie, który wziął nasze brudy z miłości na siebie, On został naszym wywyższonym Królem – Bogiem – największym sługą miłości. Nie jesteśmy w stanie więcej zasłużyć przed Bogiem, możemy tylko przyjąć i zostać na nowo przez Chrystusa dziećmi Boga. Od czasu jego wywyższenia jedynym grzechem, jedyną rzeczą jaka nas oddziela od Boga jest brak przyjęcia Chrystusa do swojego serca, brak wyznania go swoim Panem, niewiara w jego ofiarę, niewiara w to, że jest prawdziwym Synem Boga Żywego.

Tue, 12 Sep 2017 07:23:00 +0000


» Wszyscy jesteśmy zwiedzeni

Zwiedzenie – zbłądzenie czy jak tam zwał, to określenie jakim jeden chrześcijanin określa innych najczęściej chrześcijan, którzy nie popierają jego patologicznego postrzegania na rzeczy wiary. Problem jedynie w tym, że jeszcze nie spotkałem chrześcijanina który nie byłby zwiedzony, bo nawet jakbym znalazł kogoś takiego jak ja, kto na wszystkie tematy ma takie samo zdanie to […]

Zwiedzenie – zbłądzenie czy jak tam zwał, to określenie jakim jeden chrześcijanin określa innych najczęściej chrześcijan, którzy nie popierają jego patologicznego postrzegania na rzeczy wiary. Problem jedynie w tym, że jeszcze nie spotkałem chrześcijanina który nie byłby zwiedzony, bo nawet jakbym znalazł kogoś takiego jak ja, kto na wszystkie tematy ma takie samo zdanie to później zapewne odkryję że sam się gdzieś pomyliłem, więc sam byłem zwiedzony…

Takim dobrym przykładem na temat zwiedzenia jest poróżnienie między katolikami i protestantami i innymi bardziej biblijnymi odłamami chrześcijaństwa. Jedni i drudzy zwykle twierdzą, że Ci drudzy są zwiedzeni.

Katolicy mają zarzut do protestantów, że nie uznają papiestwa, że jest tylko jedna religia, współczują im że nie mogą brać tzw. komunii, że nie mają Maryi itd. Z kolei protestanci do katolików, mają mniej więcej podobne zarzuty, mówiąc że jest tylko jeden pośrednik Jezus Chrystus, że katolicy modlą do Boga się za pośrednictwem świętych, że nie mają chrztu pełnego w wodzie, ogólnie że nie trzymają się tego co w bibli jest napisane itd.

Czasem wśród bardziej radykalnych chrześcijan trzymających się bibli spotkałem się wręcz z nazwaniem katolików poganami.

Kto tu ma racje to jest pytanie? Odpowiedź brzmi: ‘Nikt’, bo “wszyscy jesteśmy zwiedzeni”  – nie spotkałem jeszcze kogoś kto byłby idealnie jak Chrystus, choć widziałem cuda, choć spotkałem ludzi mówiących że słyszą wyraźnie głos Boga, nie spotkałem jeszcze kogoś kto miałby idealne pełne objawienie Chrystusa. A Chrześcijanin to przecież nikt inny jak adept bycia Chrystusem.

Jezus wyraźnie powiedział, starczy jak uczeń będzie jak mistrz jego, nie spotkałem jeszcze takiego, który byłby w pełni jak mistrz jego.

Spór między Chrześcijanami

Podam poniżej przykład takiego jednego sporu teologicznego pomiędzy chrześcijanami.

Weźmy np słowa:

„A ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. I dam ci klucze Królestwa Niebios, i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie.“

Mt. 16.18-19

  1. Interpretacja katolicka: Na tej podstawie katolicy wybierają i uznają kolejnych następców Piotra w postaci kolejnych papieży. I tak też ten fragment interpretują, jako ustanowienie głowy kościoła i przyznanie władzy.
  2. Interpretacja anty-katolicka: Dowodzi się, że w jednym miejscu mamy skałę, w drugim kamień… i że jest tu mały przekręt językowy. Udowadnia się, że Piotr kilka błędów zaraz potem popełniał… np. kilka stron dalej do tego samego Piotra powiedział ‘idź precz szatanie’. Udowadnia się,’ że Piotr nikomu władzy nie przekazywał… Okazuje się, że klucze mieli też inni apostołowie itd.
  3. Interpretacja bardziej ewangeliczna – żywa – dająca życie: Mamy tu do czynienia z człowiekiem, który uznał Jezusa za Chrystusa – Syna Boga Żywego, takiemu człowiekowi Jezus nadał nowe imię, co ma duże znaczenie w kontekście biblii, kiedy to już kilkakrotnie nowe imię było nadawane różnym osobom (np. Abram – >Abraham, Jakub->Izrael, czy też wzmianki o nowym imieniu w apokalipsie – Obj. 2,16-17). Jezus też powiedział, że na takim człowieku będzie budował swój kościół. Wniosek jest więc taki, że przede wszystkim powinniśmy uznać Jezusa za Chrystusa – Mesjasza, syna Boga Żywego, jeśli chcemy stać się częścią prawdziwego Kościoła (zgromadzenia wybranych) i mieć te klucze. Za takim podejściem do tego fragmentu, świadczy praktycznie cały kontekst ksiąg nowego testamentu.

Kto ma rację?

Jak byłem katolikiem to wierzyłem w punkt pierwszy (nie znając innych i nie zastanawiając się nad tym fragmentem), jak się zorientowałem o co biega historycznie i z kościołem katolickim to przyjąłem interpretację drugą – antykatolicką. Gdy dalej nie poprzestawałem w szukaniu Boga odkryłem punkt trzeci, interpretację żywą.  

A dziś? Dziś jestem wdzięczny Bogu za czasy w jakich żyję i jestem wdzięczny za to, że to wszystko co w przeszłości musiało się zadziać, się zadziało i nie musiałem w tym brać czynnego udziału… I cieszę się, że coraz więcej swojej woli oddaje pod działanie Ducha Świętego.

Kto jest zatem zwiedzony?

Hmm problem w tym, że wszyscy jesteśmy zwiedzeni… dopóki nie jesteśmy jak Jezus coś z nami jest nie tak 🙂 A w tym przypadku akurat robiąc teologię ze słów zapisanych np. przez Mateusza, mamy problem. Budujemy sobie mur jeden przed drugim, tworzymy sobie sami przed sobą bariery nie do przekroczenia.  Którąkolwiek z powyższych interpretacji nie wybrać zawsze tak będzie. Zakładając wybór trzeciej – ta wydaje mi się najlepsza, też stawiam przed sobą mur – wystawiam ocenę interpretacji, a miałem nie oceniać… No ale mniejsza o to –  co jeśli nie uznałem w sercu Jezusa, za prawdziwego syna Bożego, czy napewno dobrze to wyznałem, czy napewno dobrze to uznałem, czy napewno tak jak Piotr rozumiem, kto jest Synem Boga Żywego? A czy jeśli Jezus nie nadał mi nowego imienia, to czy też należę do tego kościoła? A co znaczy związywać i rozwiązywać, co jeśli coś źle zwiąże?

Dlaczego Jezus nie napisał książki?

To pytanie zawsze dźwięczy mi w głowie, gdy widzę kolejnego chrześcijańskiego mówcę, wymachującego biblią, i mówiącego jaka to święta księga. Dlaczego jedyną rzeczą jaką wiemy o Jezusie, że pisał… było pisanie patykiem na piasku? Dlaczego nie napisał książki, skoro te książki z napisem “biblia” są takie święte? Dlaczego będąc miłością, nie napisał nam własną ręką jednej… nie byłoby przecież tyle sporów, i kwestii spornych w interpretacji, mielibyśmy łatwiej gdyby sam coś napisał, nie byłoby czterech ewangelii – ani apokryfów,  byłaby jedna ale prawdziwa. Czy Jezus oby napewno słusznie postąpił nie zostawiając po sobie nic pisanego? Co to za Bóg co nie myśli – przecież byłoby nam łatwiej gdyby powiedział wprost co i jak?

Bóg w niewielu fragmentach pisma pisał samodzielnie, w zasadzie tak o ile dobrze pamiętam mamy przykład przykazań – przymierze, wiadomość do Baltazara (ręką na ścianie – choć to mógł być anioł – nie Bóg osobiście), jak i wspomniane pisanie patykiem na piasku. Pomijając wiadomość do Baltazara, jako wiadomość bardziej prywatna, skupię się na dwóch pozostałych.

Tekst dekalogu, w zasadzie tekst przymierza, jakie Bóg zawarł z narodem Izraela, to słowa napisanie bezpośrednio przez Boga na kamiennych tablicach. Można rzec mini-książka napisana przez Boga, w książce tej opisane jest co znaczy miłować, jak się trzeba zachowywać by czynić w życiu miłość – takie zasady do życia. Kto wedle tych zasad żyje ten ma błogosławieństwo (nie trzeba być wierzącym by to obczaić, że tak jest). Problem jedynie w tym, że nikt kto umiera nie jest w stanie wedle tych zasad żyć w 100%, a nawet jak ktoś myśli że jest w stanie, Jezus wyraźnie dał do zrozumienia, że wystarczy to co w sercu nosimy, aby te przykazania złamać.

Na podstawie dekalogu wyraźnie widać, jaki jest problem z tekstami – zasadami życia – napisanymi bezpośrednio przez Boga. One nas oskarżają! – hmm może inaczej –  powodują że przez nie sami się oskarżamy. Nakazują nam się zachowywać tak, a nie inaczej czego nie jesteśmy w stanie spełnić żadnym sposobem.

Tutaj zaraz się pewnie ktoś odezwie, że on spełnia cały dekalog przecież i jego to nie oskarża… za życia Jezusa też tacy byli, Faryzeusze się nazywali.Trzeba jednak pamiętać, że to o całe życie chodzi, jak i to że nawet myślą się to łamie… Mało tego trzeba też pamiętać by nie popaść w samouwielbienie ze względu na swoją czystość i nie być samemu sobie dla siebie Bogiem, bo łamię się wtedy pierwsze przykazanie.

Co by było gdyby Jezus jednak napisał książkę?

No właśnie co by było gdyby Jezus własnoręcznie napisał kolejną książkę, jakieś przykazania w wersji 2.0? Mielibyśmy problem, bo słowa tej książki stałyby się dla nas, kolejnym świętym x-logiem którym moglibyśmy siebie oskarżać. Z którego moglibyśmy tworzyć kolejne zasady wiary, kolejne przykazania, kolejne zakazy i nakazy…

Wiele osób chciało już z nowego testamentu zrobić właśnie taką księgę – znaleźli ok 1050 nowych przykazań w tzw. „Nowym Testamencie” i niektórzy to serio biorą na poważnie! – link.   Tworząc tzw. Nowy Testament księgą zasad, nowych przykazań jak i nowych wersji na błogosławione życie…   skupiamy się na fragmentach nowego testamentu robiąc z nich teologię, nowe interpretacje, nowe odkrycia.  Dobrze jest jeśli to zasady są jakkolwiek budujące – kruszą serca, w dużej jednak liczbie służyly one jakimś patologiom np. wykorzystywanie fragmentów pisma do manipulowania niewolnikami za czasów ‘młodej ameryki’, czy też powszechnie znane fragmenty służące do poniżania kobiet. Czy też jak we wspomnianym fragmencie wykorzystanie fragmentu do ugruntowania pozycji władzy politycznej.

Czy to dobrze czy źle, że zrobili przykazania z nowego testamentu? Ani dobrze ani źle, to jakaś droga do odkrycia prawdy i tak zapewne musiało się zadziać, to co powinniśmy robić to dziękować Bogu za jakieś objawienie jakim powinniśmy żyć.

To na czym powinniśmy się skupić to na całym kontekście, powinniśmy skupić się  na prawdziwym Słowie Bożym jakim jest Jezus Chrystus Syn Boga Żywego.  I na tym słowie powinniśmy stać, bo to Jezus Chrystus jest prawdziwą rzeczywistością i to przez niego zostało wszystko stworzone.

Co zamiast książki zostawił po sobie Jezus?

Jezus zostawił Ducha Świętego, którego zadaniem jest pocieszać, prowadzić, przekonywać o grzechu,  o prawdzie i o życiu wiecznym! Ducha, który może zamieszkać w Tobie i który mieszka w żywych listach Jezusa – zbawionych ludziach ze skruszonym, zmiękczonym sercem, którzy go zaprosili. Ludzie tacy podążają za jego głosem.

To właśnie zostawił po sobie Jezus to są ‘żywe księgi’ pisane przez krew Jezusa… przez relację z Bogiem Żywym, przez świadectwa wiary. Gdybyśmy wiedzieli co  zapisał własnoręcznie na piasku, zrobilibyśmy zapewne z tego ‘wiadomy’ nam użytek, aby potępiać samego siebie, czy też potępiać jedni drugich.. Dlatego zapewne pisał na czymś tak ulotnym jak piasek i pisze teraz na czymś tak żywym jak Twoje serce.

Jeśli pragniesz więc zostać, jednym z żywych listów Chrystusa, Syna Boga żywego, proś o Ducha Świętego i niech tak się stanie. Będziesz jednym z listów napisanym przez Jezusa do innych…. Bowiem przybliżyło się do Ciebie Królestwo Boże!

Co zatem z tekstami tzw. ‘Nowego Testamentu’ czytać?

Pewnie i to całkiem sporo… czytam też całą masę książek Chrześcijanińskich, chodzę na wykłady i słucham wielu nauczań. Wdzięczny jestem bardzo za wszystkich którzy poszukują prawdy i za wszystkich którzy w swoim życiu otworzyli się na działanie Ducha Świętego i pozapisywali jakkolwiek swoje czy też innych przemyślenia i doświadczenia, począwszy od pierwszych uczniów Jezusa.

Czytając jednak tzw. ‘Nowy Testament’, trzeba jednak pamiętać, że nie jest to ‘nowy testament’, nie jest to też ‘nowe przymierze’, to jest książka do czytania która wiele objawia, nie należy tego traktować jak świętą księgę, tak jak Izraelici traktowali torę czy też dekalog. Prawdziwy Nowy Testament zaczyna się wraz ze słowami ‘Wykonało się’ Jan 19,30, wtedy to całe oskarżenie przeciwko ludzkości zostało wzięte. Wszystko co Ciebie oskarżało przed Bogiem, który jest miłością zostało wzięte na krzyż. Wtedy to Nowe Przymierze zostało zapisane… i nie zadziało się to na papierze, zostało to zapisane krwią Jezusa Chrystusa, Syna Boga Żywego. Nie jest to książka, ale jest to Twoje serce… i Twoje życie gdzie to przymierze może się objawić…

Pewnego rodzaju pieczęcią pod tym przymierzem jest Duch Święty, który zamieszkuje w nas.. I przekonuje nas o prawdzie. Dzięki temu zapisowi krwi Chrystusa, możesz zbliżać się do Boga! I niech się tak stanie!

Wed, 30 Aug 2017 00:23:32 +0000


» Jak zacząłem poznawać Jezusa Chrystusa? – Uczynki do których zostałem stworzony

Ja jak zwykle po swojemu zacząłem poznawać Boga… ale Bóg i dla takich indywidualistów ma plan. Z chęci poznania Boga stwierdziłem, że warto się wybrać do chorych, bo przecież Jezus wprost powiedział, że odwiedzając chorych jego odwiedzamy 🙂 A powiedział mniej więcej tak (w zależności od tłumaczenia): „Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem […]

Ja jak zwykle po swojemu zacząłem poznawać Boga… ale Bóg i dla takich indywidualistów ma plan. Z chęci poznania Boga stwierdziłem, że warto się wybrać do chorych, bo przecież Jezus wprost powiedział, że odwiedzając chorych jego odwiedzamy 🙂

A powiedział mniej więcej tak (w zależności od tłumaczenia):

„Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;

(…)

byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”. „

(Mt 25 – wycinanka, najlepiej przeczytać cały nie czytając tytułów podrozdziałów, w oryginale ich nie ma)

Hmm… wiecie mi 2 razy nie trzeba powtarzać, skoro mam okazję poczęstować Jezusa jedzeniem, piciem… ba.. nawet odwiedzić Go. To wybrałem na początku odwiedzanie go 🙂  Przecież chcę go poznać. Wiem że to wogóle dziwnie brzmi to zalecenie, porównując je np. z tym że jesteśmy zbawieni z łaski (nie zbieramy dobrych uczynków, które przewyższą złe)… Niby z łaski , a Tu Jezus jednak mówi, by robić coś na rodzaj ‚dobrych uczynków’?

Trochę można ogłupieć, ale jak zacząłem to czynić, zacząłem poznawać Jezusa w ten sposób, wyjaśniło mi się to… ale jak to w słowach wyjaśnić, to co trzeba przeżyć hmm.

Zachęcam do odsłuchania tego odcinka, mam nadzieję że więcej się wam wyjaśni, o co tak naprawdę biega.

Tue, 18 Jul 2017 21:50:47 +0000


» Jezus Żyje, jeździmy i głosimy!

Dziś nagrania z kolejnej wycieczki z Misją Kerygma – czyli kolejne głoszenie na placu 🙂 Więcej nagrań z wycieczek z Kerygmą bezpośrednio na youtube. Głosów krytycznych wiele spotkałem na temat takiego głoszenia… że jak to się tak wtrącać ludziom… że powinni się schować i wielbić Boga gdzieś w ukryciu itd. Sam po ludzku tego do […]

Dziś nagrania z kolejnej wycieczki z Misją Kerygma – czyli kolejne głoszenie na placu 🙂 Więcej nagrań z wycieczek z Kerygmą bezpośrednio na youtube.

Głosów krytycznych wiele spotkałem na temat takiego głoszenia… że jak to się tak wtrącać ludziom… że powinni się schować i wielbić Boga gdzieś w ukryciu itd. Sam po ludzku tego do końca nie rozumiem, bo sam jakoś wolę indywidualnie z ludźmi rozmawiać 🙂 Jakoś nie widzę się w roli mówiącego do takiego mikrofonu… ale wiem że to działa. A z grupą się doskonale uzupełniamy, każdy ma swoje miejsce. No i co ważne, w grupie każdy praktycznie jest z innej piaskownicy – innego ludzkiego kościoła (zboru), jakoś uwierzyliśmy że Chrystus żyje w nas i to nas łączy.

Ludzie dookoła przechodzą i niby nic… ale co zostało zasiane w sercach to zostało. Liczba osób która dzięki głoszeniu na placach i ulicach zrezygnowała np. z życia na ulicy (z bezdomności) jest całkiem spora, wiem po prostu że to działa….bo wielu takich spotkałem… Zresztą sami posłuchajcie historii Wojtka, czy też świadectwa Romana, który ukończył ośrodek Nowy Początek…

Czasem wygląda jakby nic, ale jakoś dziwnie potem jak słucha się świadectw nawrócenia, wiele osób wspomina jakieś ewangelizacje sprzed wielu lat, czy to uliczne czy to przy okazji różnych imprez… wspomina jako coś co nie pozwoliło im potem normalnie żyć.

To coś jak sianie małego ziarna… w ogrodzie się tego można nauczyć. Z maleńkiego ziarna wyrasta duże drzewo, więc jedziemy i siejemy jak umiemy.

Jeśli jest Ci na sercu ewangelizacja Twojego Miasta, skontaktuj się z Kerygmą, może uda się do grafika wpisać – strona www

PS: Kwestia techniczna – nagranie jest ‚powycinane’ metoda jego tworzenia jest prosta ustawiam aparat i idę rozmawiać z ludźmi o Bogu, czasem więc zdarza się ze nie wyceluje w mówiącego, ktoś wyjdzie z kadru 🙁 , innym zaś razem ktoś coś potrąci, coś zasłoni, coś wyłączy itd. za co przepraszam. Powycinałem co ważniejsze.

Tue, 04 Jul 2017 11:48:18 +0000


» Chrześcijanin nie składa ofiar na przebłaganie!? – Chrześcijanin jest ateistą!

Byłem ostatnio ze znajomym na tzw. nabożeństwie… i tu uwaga w kościele teoretycznie bardziej trzymającym się biblii niż kościół katolicki.  Przyjechał jakiś człowiek ze stanów i coś tam mówił o Królestwie Bożym (skoro go szukam nie mogło mnie tam zabraknąć), że u nich w kościele niby było (jest?)… To o czym mówił to o jakiejś  […]

Byłem ostatnio ze znajomym na tzw. nabożeństwie… i tu uwaga w kościele teoretycznie bardziej trzymającym się biblii niż kościół katolicki.  Przyjechał jakiś człowiek ze stanów i coś tam mówił o Królestwie Bożym (skoro go szukam nie mogło mnie tam zabraknąć), że u nich w kościele niby było (jest?)… To o czym mówił to o jakiejś  obecności bożej, jakieś ognie, odczucie jakiejś niesamowitej miłości, masa uzdrowień itd. Działo się…. Wiele tam się nowego nie dowiedziałem, poza jednym małym niezaprzeczalnym faktem Luter cierpiał na coś w rodzaju depresji! Cudowna dla mnie wiadomość – wiele mi się rozjaśniło, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi…

W ewangelii głoszonej od czasów Lutra mamy ewangelię łaski, ciągle w kółko ewangelię łaski, nawaliliśmy na ziemi i potrzebujemy zbawiciela, potrzebujemy zbawienia od średniowiecznego wzbudzającego na maksa poczucie winy (doprowadzającego do depresji) kościoła. No ale o tym kiedy indziej, bo to zupełnie inny temat, niż ten który chcę poruszyć, jak przeczytam książkę tego gościa dam znać więcej, w każdym razie Jezus wyraźnie powiedział o głoszeniu Ewangelii Królestwa Bożego – nie mówił o ewangelii łaski, co oczywiście jest częścią Dobrej Nowiny.. ale tylko częścią…

W każdym razie na tym spotkaniu miała miejsce taka sytuacja:

Zbierali na tzw. ofiarę… temu gościowi przetłumaczyli to na angielski jako ‚offering’ (dar, datek), a powinni coś bardziej w kierunku victims (bo tak  wielu czuło to oddając – rozpoznając po ich minach)… dałem wtedy znać koledze by przypadkiem nic nie dawał, jeśli nie chce być ofiarą. Zrozumiałem jakiś czas temu czytając biblię pewną zasadę panującą na ziemi, co siejesz to i zbierasz.., siać ofiar nie chcę, bo i zbierać ich nie chcę… Mogę dać błogosławieństwo, datek… itd.

Na potwierdzenie mojego przeczucia na sam koniec spotkania Duch Święty poruszył tego amerykańca, i zaczął wyganiać z całej sali ducha ofiary (victim)… 🙂 Takie charyzmatyczne rytuały – nie zastanawiać się nad tym co się dzieje, ale duchy wyganiać (pisałem ostatnio o religii dezintegracji).

Swoją drogą kocham Boga, że jest na tyle dla nas wyrozumiały i i tak nas kocha mimo naszej czasem błogiej bezrozumności… Bo naprawdę wyglądało to tak jakbyśmy najpierw w zasiali poczucie ofiary i poczucie winy żeby zebrać ofiarę, a potem za inspiracją Ducha Świętego wyganiali ducha ofiary przed chwilą zasianego… i to wszystko w ciągu 30 minut 🙂

Zacząłem później zgłębiać ten temat dalej. O co chodzi? Czy rzeczywiście słowa są aż tak ważne? Czy to nie ważne jak to nazwiemy przecież o to samo chodzi? Czy ofiara czy kolekta, czy datek, czy też dar czy to nie wszystko jedno? Przecież to chore się nad tym wogóle zastanawiać, a jednak tego ducha ofiary (victim) wyganiał…?

Swoja drogą mam czasem wrażenie, że jak patrzę na ten nasz kraj to ten duch ofiary panuje to już od dłuższego czasu… jeśli wogóle można o czymś takim mówić. Zacząłem zgłębiać temat.

Okazało się że jako naród mamy syndrom ofiary, za zaborów nawet okrzyknęliśmy się hasłem‚ Polska Chrystusem Narodów’, co w domyśle miało znaczyć ofiarą cierpiętnictwa za inne narody… brrr… no nieźle. Ten Duch ofiary nieźle się u nas rozpanoszył, mówiąc o ‚duchu ofiary’ mówię o tym co w obecnym języku nazywamy emocjonalnym poczuciem ofiary. W biblii nie znali pojęcia emocji, nazywali to po prostu duchem – co oznacza pewnego rodzaju nastawienie, albo też źródło danego zachowania. U nas panuje on mogłoby się wydawać prawie wszędzie… u nas przykładowo nie spędza się czasu z Bogiem, ale poświęca czas dla Boga… jako ofiarę…

Zacząłem się zastanawiać jak to działa na jednostkę, jednostkę która co tydzień idąc do kościoła – zboru, jest nakłaniana do składania ‚ofiar pieniężnych’  (i nie tylko, niektórzy samo wysiedzenie na nabożeństwie, mszy traktują jako ofiarę…) dla Boga.

W tych światlejszych zborach zbierana jest dziesięcina, lub też datki czy też kolekty – chwała Bogu za te mniejszości… ale to naprawdę mniejszości, w wielu społecznościach nadal mówi się o ofiarach dla Boga brrr… a nabożeństwo traktowane jest jako poświęcenie czasu dla Boga…

Za to że chrześcijanie nie chcieli składać ofiar ginęli !

Uświadomiłem sobie kiedyś taką jedną wielką ogromną prawdę. Wszyscy słyszeliśmy o prześladowaniu chrześcijan w starożytnym Rzymie… Co było powodem tych prześladowań? Wśród danych historycznych  powodów znajdziemy wiele, chrześcijanie są oskarżani o różne zmyślone rzeczy… ale co tak naprawdę było tym powodem? Przecież nie chodziło o wiarę w jednego Boga… jakoś Rzymianom nie przeszkadzała ta wiara, aż tak bardzo skoro dało się jakoś z Judejczykami, mającymi jednego Boga w tej sprawie dogadać. Podobnie z nie uznaniem boskości cesarza Judejczykom też to uszło w końcu na sucho… Owszem Judejczycy łatwego życia nie mieli w imperium, ale oni co chwila buntowali i podnosili powstania itd… powód prześladowań był inny niż u Chrześcijan, którzy reprezentowali raczej pacyfistyczny styl bycia…

Chrześcijanie zaczęli być oskarżani o wszystkie nieszczęścia spadające na wielkie imperium, dlaczego?

Rzymskie imperium jeśli chodzi o religię było bardzo zróżnicowane, podbijając jakieś nowe tereny, nowe ludy często też podbijało się ichniejsza religię, ale nie było to zwykle problemem. zawsze byli jacyś Bogowie – jako istoty potężniejsze od nas które trzeba jakoś przebłagać by działo się dobrze. Po prostu dokładano nowe Bóstwa, ewentualnie też uznawano że to te same ale pod innymi nazwami… Nawet Judejczycy mimo innych powodów prześladowań jakoś się z tym zasymilowali składając ofiary jedynemu Bogu.

Powodów prześladowań było kilka, chrześcijanie się izolowali od społeczeństwa, nie mieli miejsc kultu, nie mieli też świątyń i nie składali ofiar…  generalnie nikomu nie przypominało to żadnej religii… ale inność to jeszcze nie powód do wrogości. Wrogość do chrześcijaństwa była praktycznie z każdej strony, nagle poznać ludzi którzy żyją w tym świecie, a jakby nie byli z tego świata mając inne priorytety… coś z nimi musi być nie tak. W każdym razie zachowanie chrześcijan było tajemnicze… nie dało się zrozumieć ich intencji… projektowali więc na nich wszystko to co w mieli gdzieś w sercach poukrywane… np. składanie ofiar z niemowląt itd.

W każdym razie udowodnić chrześcijanom ciężko było cokolwiek, a prawo rzymskie jakieś było i nie było o co oskarżać… pierwsze prześladowania poszły więc po prostu o ateizm! Chrześcijanie po prostu nie byli nijak religijni…. odmawiali jakikolwiek religijnych rytuałów, nie chcieli nawet tych rytuałów robić w imię jedynego Boga, nie chcieli tego jedynego Boga przebłagiwać… ani nic mu ofiarowywać… Taki też był główny historyczny powód prześladowań gdy już innego nie dało się odnaleźć, po prostu – brak składania ofiar na przebłaganie za imperium. Innymi słowy po prostu ateizm, bo jak nie składają ofiar to znaczy że nie mają Boga… bo Bogu należne są ofiary, po to jest religia. Bóg Chrześcijan nie chce ofiar, są więc oni ateistami – ot taka prosta logika.

Gdyby chrześcijanie tamtych czasów, zbudowali sobie jakąś kapliczkę, budyneczek, ustanowili jakiegoś wybranego świętego, czy też cokolwiek innego i przynieśli tam/do niego cokolwiek ofiar, choćby po jednej maleńkiej monecie, maleńki okruszek w intencji pomyślności Imperium Rzymskiego – prześladowań prawdopodobnie, byłoby znacznie mniej lub wogóle by ich nie było… Ci jednak twardo stali na swoim uznając Ofiarę Chrystusa za doskonałą, i cokolwiek więcej ofiarowane Bogu byłoby jej zaprzeczeniem… Jakikolwiek religijny kult czegokolwiek, kogokolwiek poza czynieniem miłości (jeśli to można nazwać kultem?) był dla chrześcijan nie na miejscu… dlatego go nie czynili… zostali więc nazwani ateistami…

Dlaczego w Rzymie nie wolno było być ateistą (chrześcijaninem)?

Powodzenie imperium było uzależnione od przychylności Bogów, poustawiane w całym imperium były różne kapliczki, świątynie itd. gdzie należało jakoś coś ofiarować Bogu, choćby chwile uwagi czy też jakąś prośbę skierowaną do Bogów (podobnie z kapliczkami i miejscami kultu mamy dzisiaj, w naszym kraju). Kto tego nie robił, mógł być oskarżony o to że jest winien nieprzychylności Bogów, bo nie przebłagał Bogów… Judejczycy mimo, że pewnie tego nie robili, mieli też jakieś swoje miejsca składania ofiar Jedynemu Bogu, tam też składali ofiary, dlatego nie dało się ich oskarżyć. I jak było wydawane jakieś polecenie, że trzeba Bogom złożyć ofiarę w intencji np jakiegoś zwycięstwa imperium Judejczycy jakoś wywiązywali się z tego… podczas gdy Chrześcijanie kategorycznie odmawiali składania jakichkolwiek ofiar Bogom… nawet odmawiali składania ofiar Jedynemu Bogu…Dlaczego?

Ostatnią i najdoskonalszą ofiarą był Jezus Chrystus, był okupem za nasze niegodziwości nie jesteśmy w stanie nic więcej dodać. Nasza sprawiedliwość przed Bogiem została przywrócona, dostaliśmy to z łaski. Zostaliśmy uwolnieni od jakiejkolwiek możliwości zasługiwania na wybawienie, bo i tak nie byliśmy stanie na nic zasłużyć, mimo że nieustannie próbowaliśmy. Chrześcijanin tym różnił się od Judejczyka, który nie uznał ostatecznej ofiary i mógł składać coś dalej na przebłaganie… że tych ofiar już nie mógł składać…

Chrześcijanin nie mógł składać ofiar, nawet na rzecz jedynego Boga, bo byłoby to zasmucaniem łaski – odmową jej przyjęcia…

Składając obecnie ofiary na kościół, dla Boga, ofiarowując czas dla niego… ‚zasmucamy łaskę’… i nie pojmujemy jej pełnej tajemnicy, nie możemy nic więcej złożyć, nic więcej dodać… to jest tajemnicą Królestwa Bożego. Wiem że to dziwne, ale łaskę naprawdę ‚można zasmucić’, czyli po prostu jej nie przyjąć, próbując coś jeszcze od siebie dołożyć nie jesteśmy w stanie okazać wdzięczności za nią, nadal chcemy coś jeszcze dołożyć.

Dokładamy więc swoje cierpienie… w podziękowaniu za łaskę… dokładamy więc swój tzw. krzyż (co widać po religijnych ludziach) w podziękowaniu za łaskę, czy to jest to co ma być?

Doskonale to widać w naszej historii narodu, gdy stwierdziliśmy że To co Jezus Chrystus zrobił to za mało,  że dołożymy coś od siebie, choćby Polskę – stąd hasło „Polska Chrystusuem Narodów”. Nie jesteśmy w stanie być dla nikogo zbawieniem, ani nie jesteśmy w stanie nikogo zbawić… to jest zaprzeczanie jakoby to co Jezus zrobił wystarczało!

To co możemy robić to przyjąć łaskę, pozbyć się religijnych postaw i żyć… sensem życia jakim jest woda życia… jakim jest czynienie miłości żyjąc pod łaską.

Jezus wyraźnie powiedział:

 „Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu”. (Mt 12 6-8)

Szabat to doskonały odpoczynek… chcąc cokolwiek Bogu ofiarować za jego łaskę nigdy tego odpoczynku nie zaznamy, prawdziwy odpoczynek doznajemy czyniąc miłość wobec Boga, wobec drugiego człowieka… czyniąc miłość taką jak opisana w liście do Koryntian (13)… a tą jesteśmy w stanie czynić tylko przyjmując najpierw pełną łaskę, bo tylko dzięki temu nie chcemy na nic zasługiwać…. bo już nie mamy po co… bo ją przyjęliśmy. Przyjęliśmy doskonałą miłość i teraz możemy ją dawać…

Zostaliśmy usprawiedliwieniu i jesteśmy przed Bogiem czyści, jesteśmy dzięki temu w stanie czynić prawdziwą miłość. Chcąc cokolwiek Bogu dodać w zamian za łaskę, nie przyjmujemy tejże sprawiedliwości…

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
 Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.

Nie dają ofiar Bogu, a mają szabat…

Nie mówię żeby nie dawać nikomu pieniędzy, datków, dziesięcin czy też innych błogosławieństw materialnych czy też czasowych… Pewnie że dawać, nawet więcej. Ale z zupełnie innym nastawieniem… nigdy nie na przebłagania, nigdy też nie na na wybłaganie czegokolwiek… zawsze po prostu z miłości, czy też tak jak Duch Święty prowadzi. Zrozumieć co znaczy ze Jezus wolałby raczej miłosierdzia niż ofiary i nie potępiać niewinnych… którzy nie dają ofiar Bogu, a mają szabat… Żyjemy dlatego Że Bóg dał nam życie, więc ono do niego należy… to co mamy też do niego należy…  Zdarzy się pewnego dnia że usłyszysz od Boga że masz dać tej a tej osobie taką kwotę pieniędzy… że masz dać na ten a na ten kościół/zbór… idź i daj, daj z błogosławieństwem… nigdy nie na przebłaganie za cokolwiek… Daj po prostu z miłości.. bo tak jak wyżej wspomniane ‚I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.’…

A prawdziwą bezinteresowną miłość jesteś wstanie odczuć tylko i wyłącznie przyjmując najpierw łaskę zbawienia …

Prawdziwa ofiara dla Boga to życie wdzięcznością za łaskę zbawienia… Wdzięczność za łaskę na ocala… i uwalnia?

W psalmie 50 mamy wprost napisane:

Złóż Bogu ofiarę dziękczynną
i wypełnij swe śluby złożone Najwyższemu,
wtedy wzywaj Mnie w dniu utrapienia:
Ja cię uwolnię, a ty Mnie uwielbisz”.

(…)

Kto ofiaruje dziękczynienie, czci mnie

W liście do Hebrajczyków z kolei:

Przez Niego więc składajmy Bogu ofiarę pochwalną nieustannie, to jest owoc warg, które wyznają Jego imię.  Nie zapominajcie o dobroczynności i wzajemnej pomocy, gdyż raduje się Bóg takimi ofiarami. Bądźcie posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli, ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą zdać z tego sprawę. Niech to czynią z radością, a nie wzdychając, bo to nie byłoby z korzyścią dla was.

To akurat możnaby na podsumowanie tego wpisu dać, czynić to z radością a nie wzdychając… jeśli taki przełożony np. ‚pastor’ wzdycha o pieniądze – nie czyni tego z radością 😉 Jeśli dajecie mu z miłością…. i on swoją służbę z radością będzie pełnił, aż do objawienia się jedności w Chrystusie!

W listach (List Piotra 2,5) mamy też o ofiarach po zbawieniu, choćby np coś takiego:

„Odrzuciwszy więc wszelkie zło, wszelki podstęp i udawanie, zazdrość i jakiekolwiek złe mowy, jak niedawno narodzone niemowlęta pragnijcie duchowego, niesfałszowanego mleka, abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu – jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan. Zbliżając się do Tego, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również, niby żywe kamienie, jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa”

A jakie to te ofiary przyjemne Bogu? Jak dla mnie te wynikające z miłosierdzia… i życia, niż te wynikające z konieczności zasłużenia czy też wybłagania. Bo miłe Bogu to takie które uznają ofiarę Jezusa Chrystusa z łaski…

Dobrym podsumowaniem tego całego artykułu jest sytuacja opisana w Ewangelii Łukasza gdzie mowa o uzdrowieniu 10 trędowatych, a tylko o jednym ocalonym (niektórzy to tłumaczą jako zbawionym):

Zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.  Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!»  Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.  Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem,  padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.  Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu?  Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?»  Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła».

W każdym razie w tych i innych fragmentach z Nowego Testamentu i z innych pism chrześcijańskich z tego okresu ciężko znaleźć coś o składaniu ofiar Bogu w duchu ofiary… jest raczej mowa o składaniu ofiar w duchu wdzięczności i radowania się, jako o ofiarowywaniu, no chyba że tylko ja tak to widzę… A w niektórych miejscach tak jak np w tym liście do Hebrajczyków czy też w cytowanej wypowiedzi Jezusa (Mt 12 6-8), jest wprost napisane że korzystniejsze jest okazywanie miłosierdzia… A Ty jakie masz zdanie?

Tue, 27 Jun 2017 09:51:33 +0000


» Jak naprawić świat? – 12 ludzkich sposobów vs. 1 sposób od Boga!

Jak naprawić świat po ludzki i jak naprawić świat po Bożemu? Pytanie wogóle czy trzeba naprawiać świat…? Gdy zastanowić się nad światem, nad ludzkością, nad tym do czego moglibyśmy dojść gdyby nie wojny, można dojść do wniosku, że natura ludzka jest niezmienna. Przecież gdybyśmy nasze zasoby ludzkości pokierowali w badania nad procesami starzenia się, badania […]

Jak naprawić świat po ludzki i jak naprawić świat po Bożemu?

Pytanie wogóle czy trzeba naprawiać świat…?

Gdy zastanowić się nad światem, nad ludzkością, nad tym do czego moglibyśmy dojść gdyby nie wojny, można dojść do wniosku, że natura ludzka jest niezmienna. Przecież gdybyśmy nasze zasoby ludzkości pokierowali w badania nad procesami starzenia się, badania nad chorobami, nad szukaniem bezpiecznych źródeł energii… nad budowaniem pokoju, pokojowego zrównoważonego rozwoju… To bylibyśmy w zupełnie innym miejscu…

Tymczasem Kargul koło Pawlaka nie długo wytrzyma… zawsze pójdzie o jakąś miedze czy o cokolwiek innego, po prostu pokojowo koło siebie nie jesteśmy w stanie wytrzymać zbyt długo. A problem taki że ziemia jest mała,w którąkolwiek stronę pójdziemy wszędzie ludzie z którymi trzeba jakoś żyć. Dlatego jako ludzie opracowaliśmy różne metody trzymania nas samych w ryzach… to sa nasze metody naprawiania świata. Niektórzy (Izraelici za Mojżesza) doszli do tego nawet że poprosili Boga o zapisanie im najskuteczniejszego prawa jakie należy przestrzegać by żyć dobrze… tak powstało 10 przykazań. Jednak nikt z ludzi mimo takiego doskonałego prawa nie był w stanie jego w 100% wykonać…

Jako ludzie  z natury jesteśmy chciwi, egoistyczni,  agresywni, i jest to raczej nie do zmiany… nawet jak robimy badanie nad np. lekami na nowotwory to  i tak kwestia chciwości i tak weźmie prędzej czy później górę i powstaje z tego jeden wielki biznes… co z nami jest nie tak?

Cały czas zatem kto natchniony szuka metody naprawiania świata, bo wydaje się nam, że aby to wszystko utrzymać w ryzach coś możemy własnym sumptem zdziałać. I nawet jeśli bezpośrednio sami tego nie robimy z pewnością uczestniczymy w jakiejś z zastosowanych metod.

Metody naprawiania świata:

  1. Grupowanie – chyba jeden z najstarszych sposobów radzenia sobie z ludzką naturą, jak się coś komu w kimś nie podoba idzie w swoją stronę. Mamy najpierw małe podziały – małe grupki np. rodziny, nazwiska, potem większe, doszło do tego że podzieliliśmy się językami, państwami, narodami…  Budujemy mury i granice nie tylko fizyczne ale przede wszystkim emocjonalne. Problem jedynie w tym, że ziemia jest okrągła, i prędzej czy później mimo podziałów, choćby założyć laboratoryjne sterylne warunki podziałów i tak się spotkamy… Podziały na chwilę, wydają się być dobrym rozwiązaniem jednak kompletnie nie ma w tym perspektywy przyszłości. A problem w tym,  że dzielimy się i nie lubimy innych bo widzimy w nich swoje wady… ciężka to prawda ale im prędzej do nas dotrze tym lepiej.
  2. Prawo – Gdy jeden źle czyni w społeczeństwie, trzeba go potraktować prawem, stosujemy to zarówno do jednostek jak i do wyłamujących się części społeczeństwa. Idea fajna – wynik niestety większość już zaznała na tej ziemi.. gdyby Ci wprowadzający to prawo byli w stanie je przestrzegać… gdyby tego prawa ktoś nie zaczął wykorzystywać do dominacji…
  3. Religia uprzedzeń – tworzymy system wierzeń, obyczajów, zachowań, przykazów – dzięki któremu w założeniu mamy poprawić swoje zachowanie tu na ziemi, lub jakoś nim pokierować na tyle by lepiej okiełznać ludzką naturę. Wynik jest zazwyczaj znany każdemu: wojny, uprzedzenia, nienawiść, prześladowania… i to często niestety po stronie tych religijnych ludzi, znaczy wynikające z ich inicjatywy…
  4. Religia dezintegracji – inna forma religii, którą wielu z lubością praktykuje to religia wyeksportowania swoich ‚ludzkich popędów’ na obce byty. Jesteśmy źli bo ufoludek nas zainfekował (przykład scjentyści), jesteśmy źli bo demon nas opanował niektórzy chrześcijanie (i inne wierzenia – też tam wyganiają demony), czasem rzeczywiście pewnie to demon, często jednak po prostu wymówka by się nie zmieniać. Wynik… jednym słowem bym to nazwał faryzejstwo… wychodzi na to że wszyscy mówimy, że jesteśmy dobrzy a jak coś złego zrobimy to nie nasza wina… to demon.. to ludzka natura zainfekowana…
  5. Religia integracji – niektórzy stwierdzili, że natura ludzka jest jaka jest… nie zmienimy jej ale..? – ale możemy na nią wiele zaradzić i się z nią zgodzić (np tzw. satanizm – wiara w człowieka, że jest jaki jest – choć to raczej destrukcja świata niż napraw). To co na wschodzie proponują bardziej przypominające naprawę – czyli zbliżyć się do nicości, jedności ze światem Boga – nirwany, a jak się nie uda w tym życiu to w następnym itp. itd. Stosujemy dietę która nie budzi naszych popędów, tłumimy w sobie zachowania agresywne, medytujemy uspakajamy się… wielu się zafascynowało tym odkryciem wschodu – piękne to rozwiązanie tak by się wydawało. Wynik jest jednak niezbyt zaskakujący… z jednej strony stworzyła się grupa społeczna wykorzystująca te wierzenia do osiągnięcia władzy (podział na kasty – jedni stworzeni są do władania, inni do bycia rządzonym, dzięki takim wierzeniom reinkarnacje nie ma buntów). Z drugiej zaś strony patrząc na to z poziomu jednostki, filozofii życia zostaliśmy stworzeni – zrodzeni do życia, a na własne życzenie wybieramy śmierć.. śmierć w nirwanie… śmierć w spokoju… jeden z psychoanalityków porównał medytacje do dobrowolnie praktykowanej depresji. Depresja ta ma dorobioną wartością ideę, ale wiele się nie różni od objawów klinicznych, zarówno w medytacji jak i prawdziwej depresji mamy świadomość swoich popędów, swojej natury ludzkiej i chcemy je po prostu wyciszyć.
  6. Będę rządził naprawię świat – pomysł niestety jak historia pokazuje jeszcze nikomu się nie udał… nawet jak już rządzący był ok, to i tak umarł i pokolenia kolejne już tego inne umiały powtórzyć. Czy to władzą, czy to pieniędzmi, czy to kierowaniem rozwoju nauki, chęć władania nad innymi nigdy nie kończyła się dobrze… praktycznie zawsze sprawdza się czym wojujesz (władasz) od tego giniesz…
  7. Czynić dobro… – niejeden człowiek już próbował naprawić świat jakąś dobroczynnością. Piękne i wzruszające są akty dobroczynności, ale czy da się tym świat naprawić? Czy naprawdę dobroczynnością naprawiamy świat? Gdyby tak wszyscy czynili tylko dobro.. tylko jak wszystkich do tego zmusić? Zmuszenie do tego ludzi już nie jest dobroczynne… Wiele razy przekonałem się już z prawdziwością przysłowia, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane… niestety… Czasem robimy to z poczucia winy, czasem z innych chęci… jednak jakby nie było niech mi ktoś powie czemu na tzw. pomoc społeczną często wśród osób które odrobinę myślą mówi się przemoc społeczna?
  8. Monopol na prawdę objawioną – zdarza się i tak że sposób na naprawę świata wybieramy spośród własnych patologii np. takich traum z przeszłości których nie potrafimy wybaczyć – oczywiście na zewnątrz praktycznie nikt o tym nie wie, nawet sami sobie często nie zdajemy z tego sprawy… Wybieramy wtedy jakąś ‚prawdę objawioną’ np. na podstawie jakichś pism, choćby nawet biblii czy też własnych przeczuć, prawda ta wydaje nam się być ratunkiem dla świata.  I promujemy tą prawdę by uratować świat. Wniosek mam z takiego rozwiązania jeden – dobrze jeśli ta trauma zostanie w czterech ścianach. Czasem kończy się na tym, że powstaje jakaś drobna sekta, czy też patologia wyznaniowa,  innym razem cały ruch społeczny, a jeszcze innym razem po prostu jakiś polityczny tyran… W każdym razie przed wtłaczaniem innym swoich prawd objawionych warto się wiele razy zastanowić i zbadać wcześniej swoją duszę…
  9. Lekcja historii klasycznej… – są też tacy co mówią by uczyć się historii i nie powtarzać błędów historycznych. Często się kończy na czymś podobnym jak opisałem w podpunkcie o religii dezintegracji. Zaprzeczamy swoim zachowaniom mówiąc, że to wtedy ludzie byli źli, a teraz jesteśmy dobrzy…. niestety ma to jeden efekt, mówiąc że teraz jesteśmy inni jesteśmy tak w zasadzie gorsi niż byli Ci w przeszłości. Trzeba się pogodzić z tym, że gdybyśmy żyli w przeszłości zachowywalibyśmy się w tamtych warunkach tak jak nasi przodkowie. Doskonałym przykładem jest to co się działo w czasie i przed drugą wojną światową, większość w naszym kraju dziś powie że nazizm to samo zło… ale jednocześnie otwórz media i sprawdź jakie jatki jadą w kierunku narodu żydowskiego… czym te jatki są jak nie właśnie wyrafinowaną dalsza formą nazizmu? Że niby Syjon chce władać światem, chcą wszystko wykupić itd… Jakby tu jakiś taki despota powstał co stwierdzi ze trzeba żydów wypędzić znalazł by spore poparcie...  A prawda taka, że gdybyśmy to my byli tym narodem wybranym to pewnie byśmy się gorzej od żydów zachowywali…  ale kto ta prawdę przyjmie? Lekcje z historii są na tyle trudne że przyjąć je do serca, przyjąć to że gdybyśmy żyli w przeszłości w tamtych warunkach zachowywalibyśmy jak tamci, czy to jak żydzi, czy to jak hitlerowcy są tak trudne że tą ludzką naturą, którą mamy nie jesteśmy w stanie ich przyjąć.
  10. Nauka, wiedza, rozwój – powstało już tyle teorii, tyle genialnych rozwiązań technicznych, intelektualnych, tyle ciekawych leków, tyle ciekawych wartościowych koncepcji. Jakby usiąść i zastosować z głową część z nich można by sporo świata ponaprawiać. Badamy historię, badamy świat, odkrywamy – poświęcamy swoje życie po to by kolejne pokolenia miały lepiej, chcemy coś po sobie zostawić. Nie było jeszcze takiej koncepcji, która by zmieniła ludzką naturę, no może lekami psychotropowymi – te potrafią nieźle ją przytłumić, ale kto ma decydować komu te leki? Pomysły są super jednak wykorzystujemy je często nie w tych kierunkach w których zostały zamyślane, bo nawet jak coś powstanie to ludzka natura decyduje jak to zastosować…
  11. Psychoanaliza (psychologia, logika, filozofia, racjonalizm – rozmyślania nad naszą naturą i rozmowy o niej) – zbadajmy zatem co w tej ludzkiej naturze siedzi – czemu ona taka destrukcyjna… ktoś pomyślał i tak też zrobił. Okazało się, że badając tą ludzką naturę, rozmawiając ze sobą nawzajem, analizując swoje zachowania jesteśmy w stanie okiełznać sporo ludzkiej natury! WOW w końcu, naprawdę jesteśmy w stanie poznać przeanalizować swoje zachowania i racjonalnie powstrzymać się od  ludzkiej natury. Nazwałem to psychoanalizą, bo to najtrafniejsze w każdym razie nie tylko psychoanalizą do tego dochodzimy, w każdym razie chodzi o zastanawianie się nad sobą, swoim życiem, swoimi poczynaniami wprowadzamy pewnego rodzaju zasady racjonalizmu do życia. Nasze wady z czegoś przecież wynikają.. i skoro inni ich nie mają, to znaczy że można je jakoś racjonalnie okiełznać. Problem jedynie jest jeden, jak zmusić całą ludzkość do analizowania swoich zachowań…. a nawet jak się zmusi to co dalej? Kiedyś zastanawiałem się kim będzie osoba doskonale przeterapeutyzowana? Będzie osobą która i tak umrze… będzie osobą która ma coś w rodzaju długotrwałej melancholii (taka bardzo łagodna lekka forma depresji) i tak jest… Jak się pozna jakiegoś terapeutę po wielu swoich terapiach… to rzeczywiście ta osoba jest spokojna i potrafi nad sobą panować, ale szczęścia wewnętrznego na twarzy nie ma…
  12. Eko metody… –  powstają coraz to nowe pomysły na powrót do natury, na uczenie się od natury i wprowadzanie tego w życie. Okazuje się, że coś w nich jest 🙂 Odkrywając stworzenie odkrywamy, że wszystko tu ma swój plan i miejsce… w pewnym sensie uciekamy od ludzkiej natury, do tego co Bóg stworzył.  Jednak racjonalnie rzecz biorąc skoro z tego wyszliśmy to nawet jak do tego powrócimy z ta samą ludzką naturą to dojdziemy do tego samego co jest, bo tak już było… i kółko się zamyka taki diabeł (diabeł to coś co powtarza się w kółko, a do Boga nie prowadzi).

Dlaczego nie jesteśmy zatem w stanie po ludzku okiełznać ludzkiej natury? Dlaczego nie jesteśmy w stanie tak naprawdę naprawić świata?

Odpowiedź jest jedna bo ludzka natura boi się śmierci, wszystko się na tym kończy. Cokolwiek nie zrobimy, cokolwiek nie zdziałamy zawsze umrzemy… Wszystkie próby naprawy ludzkości, utrzymania ludzkości w ryzach zawsze kończą się na tym temacie, zawsze kończą się na temacie śmierci. Próbujemy sobie ten temat jakoś zracjonalizować tworząc jakiś wyższy sens istnienia (naród, nauka, reinkarnacja, ewolucja, religia, rozwijanie nauki, technologii, zostawienie zdrowej ziemi) – życie dla dobra przyszłych pokoleń. Jednak wszystkie te racjonalizacje są tylko i wyłącznie ucieczką przed śmiercią, nie myślimy o śmierci bo myślimy, że przeżyjemy w jakiejś tam pamięci umysłowej, ideowej, narodowej, religijnej, majątkowej czy też genetycznej, pokoleniowej.

Żadna jednak z tych metod naprawiania nie zmienia ludzkiej natury, gdyż ta kierowana jest strachem przed śmiercią. Niektórzy psychoanalitycy do tego już dochodzą tworząc teorię na temat rozwoju niemowlaka, który przeżywa katusze ze strachu, tymczasem biblia mówi o tym wprost od dawna.  W listach mamy wprost napisane, że rodzimy się od czasów  pierwszego człowieka (Adama i Ewy) z duchem który umiera…

Aby naprawić świat musielibyśmy się zatem zmienić naturę u podstaw, wszystkie zewnętrzne próby zmiany kończą się fiaskiem…  można szukać 13 i kolejnej metody na naprawianie świata, ale skończy się na tym samym… i tak umrzemy. Doszło nawet do tego, że niektórzy co bogatsi się mrożą po śmierci, mrożą swoje geny by kiedyś ich wzbudzić… Ci co bardziej myślą o tym szukają jakiejkolwiek metody na przedłużenie życia  i kto wie, niech nawet i znajdą to i tak nie pomoże… znajdzie się taki który stwierdzi, że jednak z jakiegoś powodu trzeba komuś ukrócić życie bo coś mu się nie będzie podobało np. bo wszedł mu na miedzę…. Ot taka ludzka natura… Ci co sporo przeżyli, na starość twierdzą tak czy inaczej, że już ich czas… dlaczego? Jak inni z nami nie skończą tak nasza natura mówi nam, że już na nas koniec… kolejny diabeł –  kolejne powtarzające się koło…

Jak zmienić ludzką naturę? Zmienić u podstaw czyli narodzić nowo z duchem który nie boi się śmierci i nie kieruje strachem przed śmiercią naszymi zachowaniami… czy to jest wogóle możliwe? Trzeba by naprawdę pokonać śmierć.

Boże rozwiązanie na naprawienie świata? –  natura ludzka zmieniona podstawy! – nie musimy umierać!?

Na początek trochę teorii, składamy się z ciała, duszy i ducha.

Jezus miał Ducha Bożego – Świętego, Ducha który nie umiera…

Narodzeni na nowo.. czyli jak? Zmiana u podstawy. To co od wieków nie było osiągnięte zostało wykonane przez Jezusa Chrystusa, pokonał on śmierć i żyje. Jak sam powiedział Bóg jest Bogiem żywych… Jego Duch, jeśli poprosimy może zamieszkać w nas. Następuje wtedy zamiana, nasz Duch przestaje nas przekonywać o tym że umieramy, zaczynamy się zmieniać wiedząc że jest coś takiego jak życie wieczne, wiedząc że nie zostaliśmy stworzeni by umierać.

Jak zatem naprawić świat? – Zacząć żyć wiedząc ze ma się życie wieczne, taki od sposób boży. Świat jest naprawiony od czasu śmierci Jezusa, Bóg już wykonał wszystko do nas tylko należy tego przyjęcie. Do nas należy przyjecie tego że ludzkimi siłami nie wiele zdziałamy, ludzki siły sprowadzają tylko śmierć, czyli oddzielenie się od Boga, oddzielenie się od prawdziwej miłości.

Wiem że brzmi to jak magia, czy też religijne farmazony. Jakiś Duch ma zamieszkać w nas i to ma wszystko zmienić? Gdzie są zatem ci zmienieni ludzie? No właśnie gdzie? Bóg też się zapewne pyta… i płacze nie jeden raz…  Jezus cały proces nazwał narodzeniem się na nowo, wiedział że będziemy się dziwić co i jak, dlatego zawczasu o tym powiedział abyśmy się nie dziwili gdy to nadejdzie.  Rodzimy się na nowo z wody i z Ducha. Poprzez wodę, chrzest w w wodzie grzebiemy stare życie (stąd trochę kontrowersji jest na temat tego czy można to przyjąć bez świadomości?), i oddzielamy się dla Boga, poprzez chrzest w Duchu dostajemy pewność narodzenia się na nowo, i pocieszyciela który przekonuje nas o prawdzie.

Tymczasem zamiast się na tym skupić, skupiamy się na powrót na starych ludzkich metodach naprawiania świata, próbując wprowadzić jakieś religie czy też inne plany… byle zachować jakieś swoje patologie nie zmienione, byle nie poddać swojego ciała i duszy pod nowe narodzenie…

Jezus powiedział wprost, kto nie narodzi się z wody i z ducha ten nie wejdzie do Królestwa Bożego. Nie znaczy to że nie będzie zbawiony, znaczy to że nie wejdzie do Królestwa Bożego, które jak stwierdził jest wśród nas skoro on ‚palcem Bożym wygania Demony’… i to jego mamy szukać…. a jak znajdziemy wszystko będzie nam dane.

Jak Nowe Narodzenie zmienia świat?

Przyjęcie świadomości życia wiecznego zmienia nas u podstaw, daje nam możliwości czynienia prawdziwej miłości, która nie zazdrości , nie zawiści, i nie jest miłością, która jest chęcią zaspokojenia jakiejś cierpiącej depresyjnej osobowości. Po prostu żyjemy wiecznie i czas nas nie goni, śmierć nas nie goni… nie jest momentem oddzielania od Boga, ale jest momentem pójścia do domu (nie jesteśmy z tego świata?) …

U jednym chrześcijan prawda ta objawia się w ciele i w duszy mniej u innych więcej, w każdym razie coś się zadziało te 2 tysiące lat temu… coś się zadziało że ludzie zaczęli zmieniać się od środka….

Thu, 22 Jun 2017 09:58:20 +0000


» Pojawiający się złoty pył, diamenty z nieba… a biblia – czy to zapowiedź upadku Babilonu?

Gdzieniegdzie słychać, że na spotkaniach chrześcijan, na uwielbieniu lub przy innych okazjach pojawia się złoty pył.. drogocenne kamyki… hmm…. Pierwsza myśl jaka mi przychodzi jest raczej prosta – oszuści, interesowałem się swego czasu iluzjonistami i stworzenie złotego pyłu, czy też podrzucenie drogocennych kamyczków jest raczej banalne do zainscenizowania. Może tylko po prostu drogie w wykonaniu… […]

Gdzieniegdzie słychać, że na spotkaniach chrześcijan, na uwielbieniu lub przy innych okazjach pojawia się złoty pył.. drogocenne kamyki… hmm….

Pierwsza myśl jaka mi przychodzi jest raczej prosta – oszuści, interesowałem się swego czasu iluzjonistami i stworzenie złotego pyłu, czy też podrzucenie drogocennych kamyczków jest raczej banalne do zainscenizowania. Może tylko po prostu drogie w wykonaniu… ale proste, był ostatnio w Indiach taki jeden mający się za Boga,  który zmanipulował kawał świata takimi ‚cudami’, niestety ten ‚wyciągający z rękawa’ złoty pył zmarł ostatnio jak zwykły człowiek… – zobacz.

Ale co ze złotym pyłem u Chrześcijan… jak słyszę relację o czymś takim, czy też jak widzę coś spadającego z nieba dalej podchodzę do tego sceptycznie – taki ze mnie niedowiarek. Przecież nawet jak ktoś ma super intencje i czyste serce to i tak znajdzie się choćby obok taki, który podrzuci trochę brokatu by było zabawniej.


Złoty pył w biblii?

Odrzucając jednak całkowicie moje niedowiarstwo, zacząłem się modlić aby Bóg pokazał mi czy to może być prawdziwe.. i wiecie co, znalazłem 🙂 Słyszałem o tym pyle od wielu ludzi… sam też widziałem coś co taki pyłek przypominało, śmiałem się że to anioły chodzące po Nowym Jeruzalem (tam mają być złote ulice) strzepują kurz z nóg… Ale słyszę to od kolejnych osób i coraz bardziej dziwne to jest…

W starym testamencie złoty pył generalnie znalazłem raz a dobitnie, Mojżesz tworząc złoty pył skończył z religią Babilonu– ‚I porwawszy cielca, którego byli uczynili, spalił, i skruszył aż na proch, który wysypał na wodę, i dał z niego pić synom Izraelowym.’ (2Moj 32:19). – generalnie złoto to (cielec był ze złota) musiało wedle wskazań Jezusa zatem wyjść tyłem (Mt. 15, 17), zapewne tworząc glebę.

W nowym testamencie Babilon ma upaść… i to dosyć szybko (Ap 18), a złoto ostatecznie ma jeden koniec – wyląduje w końcu jako kostki brukowe w Królestwie Niebieskim (Ap 21.1, 21).

Czytając te rozdziały apokalipsy (18-21), pamiętając o tym o Mojżesz zrobił ze złotym cielcem Babilonu i widząc pojawiający się w miejscach spotkań chrześcijan złoty pył.. nasuwa mi się jedno – będzie się działo 🙂

Ruszmy wyobraźnią (w końcu Bóg nam ją po coś dał?).

Czym jest Babilon który ma upaść?

Ale najpierw pokrótce wyjaśnię jak rozumuję czym jest Babilon?

Biblijny Babilon – raczej nie chodzi o miasto Babilon bo to dawno już upadło, ale analizując całą biblie i opisy w niej zawarte, chodzi raczej o ducha babilonu, czyli pewne cechy zachowania, emocje które towarzyszyły mieszkańcom tegoż miasta. Takim po prostu opisowym językiem pisali, że nazywając coś Królestwem Babilonu mieli na myśli wiele różnych cech…  W każdym razie szukając tych cech, należałoby przyjrzeć się temu miastu.  Miasto to z dużym prawdopodobieństwem swój początek miało związany ściśle z wierzą Babel, zacznijmy więc od niej.

Generalnie wieża ta powstała zaraz po wielkiej powodzi i dzięki niej ludzie mieli wygrać z Bogiem, jakby przypadkiem Bóg chciał zesłać nową powódź ludzie mieliby się schronić na tej wielkiej wieży. Bóg co prawda obiecał przymierzem tęczy, że drugiej takiej powodzi nie będzie, ale znalazł się taki człowiek który chciał chwałę Boga zabrać na siebie i postraszył ludzi że jednak powódź będzie. W każdym razie uwielbiony miał nie być Bóg, a budowniczy tej wieży, duch Babilonu to zatem odwrócenie się od Boga i zaufanie w dzieła rąk człowieka, zaufanie w jakiegoś przywódcę .

Sam Babilon zaś to bogate miasto kupców – biznesu… A Ci opierają swoją wiarę w przykładowe złoto, w bogactwo i inne rzeczy co da się zgromadzić i odgrodzić, mieć na swoją własność, mieć więcej niż inni. Jest to zatem duch który gromadzi wszystko dla siebie i szuka bezpieczeństwa w zgromadzonych bogactwach.

Z punktu widzenia religii, Babilon widzimy wszędzie tam gdzie mamy coraz to większe świątynie, coraz to więcej zgromadzone, wszędzie tam gdzie robione jest coś na chwałę człowieka – Wielka świątynia stworzona niby dla Boga, a tak naprawdę jest na chwałę ich budowniczych, fundatorów itd. Widzimy to też wszędzie gdzie uciekamy się do wartościowych, wyświęconych przedmiotów zamiast do Boga prawdziwego.

Z punktu widzenia psychologii, Babilon jest wszędzie tam gdzie mocno objawia się tzw. ‚kompleks Edypa’ (choć ciężko się do tego ograniczać – jest to dość dobrze opisane tym zjawiskiem), gdzie człowiek musi pokonać symbolicznego ‚ojca’ posiadając więcej i lepsze. Opisywałem to w artykule o obrazie Boga.

Duch Babilonu zatem to chęci gromadzenia, posiadania najwięcej, posiadania więcej niż inni, posiadania lepszego, władanie innymi, duch odwrócenia się od Boga i polegania na tym co widzimy, polegania na stworzeniu i materii… objawia się to często w postaci gromadzenia bogactw, figur Bogów, świętych rzeczy i pokładania w nich nadziei, tudzież budowania większych budowli, czy też gromadzenia na swoją chwałę większych ilości oklaskujących tłumów. Generalnie o Babilonie mówimy wtedy kiedy człowiek pokłada nadzieję w sobie, ewentualnie w tym co Bóg stworzył (np. w złocie, w przedmiotach, w ziemi, w innych ludziach itd.).

Duch Babilonu znacznie różni się zatem od Boga, który jest nazwany w Biblii miłością. Miłość daje, miłość błogosławi, miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie szuka swego itd. więcej w liście do Koryntian rozdz 13.

Babilon upada pod ciężarem złotego pyłu?

W każdym razie wracając do tematu do naszego złotego pyłu… wyobraźmy sobie spotkanie na którym będzie masa biznesmenów, czy też innych ludzi ludzi którzy całe swoje życie poświęcili Babilonowi, czyli w ich wypadku gromadzeniu by posiadać więcej niż inni…

A teraz na takim spotkaniu gdzie chrześcijanie modląc się wchodzą do nieba i jest „jak w niebie tak i na ziemi” pojawia się ot tak, złoty pył… diamenty i inne drogocenne kamyczki… wszystko to co gromadzili przez całe życie, wszystko to na co postawili całe swe życie nagle w ciągu jednej godziny sypie się z nieba i leży na ziemi pod dostatkiem? Można brać ile wlezie…

Co taki człowiek robi?

Generalnie ma kilka wyjść z tej sytuacji jeden pozbiera złoto wyjdzie i się ucieszy że ma jeszcze więcej, inny zacznie lamentować i płakać nad swoim życiem… że tyle go zmarnował szukając złota, zamiast szukać Boga. Bardzo mi to przypomina opis z rozdziału 18 apokalipsy, powiem szczerzę aż za bardzo 🙂 Taki Babilon upadający w ciągu jednej godziny i lamentujący ludzie…

Czy idziesz za Babilonem czy idziesz za Bogiem?

Innymi słowy jeśli tego złotego pyłu i tych diamentów będzie się pojawiało coraz więcej… możemy powoli zacząć mówić o upadku Babilonu… Na daną chwilę dzieje się to w miejscach zgromadzeń chrześcijan, zapewne Bóg oczyszcza nas…. tak bardzo dosłownie pyta, czy idziesz za złotym pyłem czy idziesz za mną?

Reszta świata Babilonu upadnie w jedną godzinę (tak mówi apokalipsa)… czyli jak się domyślam możemy spodziewać się jakiegoś sporego wysypu bogactw dostępnych dla każdego, a sądząc po tym jak jakość życia obecnie wygląda (każdy z nas żyje w warunkach lepszych niż niejeden król sprzed kilkuset lat, a co dopiero kilku tysięcy lat…), niewiele nam trzeba by wybrać Babilon miast szukać Boga, już po części wybraliśmy…

Gdy PKB (produkt Narodowy Brutto) każdego narodu wzrośnie o złoty pył i inne skarby pod dostatkiem pod dostatkiem będziemy mieli trochę ekonomiczny problem… nawet postulowany parytet złota jako ratunek dla ekonomii nie pomoże 😉

Będzie koniec kupowania…. koniec płacenia… będzie pod  dostatkiem… Błogosławiony będzie (i jest już teraz) ten kto daje, a nie ten kto bierze… kto pokładał nadzieje w Babilonie, w gromadzeniu… trochę będzie miał problem odnaleźć się w Królestwie Bożym, które mamy wprowadzać…

Sporo o tym upadku pisał też Izajasz, taka apokalipsa napisana przed Janem… wspominał że przyjdą czasy gdy każdy będzie zajmował się tylko rolą… a czym się innym zajmować skoro wszystkiego pod dostatkiem – polecam!

Nowe Jeruzalem ze złota i drogocennych kamieni?

To piękne miasto opisane w 21 rozdziale apokalipsy ma zstąpić na ziemię… No fajnie, ale jak tam wejść?  Jak tam wejść patrząc na Boga, a nie na Bogactwa tam zgromadzone…. Wielu będzie chciało się tam dostać, lecz zapewne u progu wydłubie jakąś złotą kostkę brukową i pójdzie w swoją drogę… Przez całe życie tak robili, to czemu w takiej chwili mieliby zrobić inaczej na jego końcu?

W Nowym Jeruzalem ulica ma być ze złota, a domy z drogocennych kamieni, jak chcemy patrzeć na Boga jeśli dookoła nas będzie wszystko to za czym za życia goniliśmy.. i nie będzie to miało większej wartości niż kostka brukowa… Sposób jest tylko jeden.. skryć się za wczasu pod szatą zbawienia Jezusa Chrystusa i zacząć żyć już teraz na ziemi jego Duchem… Duchem Świętym – wprowadzając zasady Królestwa Bożego już teraz…

Ot to by było na tyle… takie moje rozumienie złotego pyłu… taka trzeźwa interpretacja tego co napisane i tego co widzę. Tylko pytanie jak wogóle trzeźwo można racjonalnie myśleć o złotym pojawiającym się pyle… ? W każdym razie układanka zaczyna mi się układać, na mojej drodze poszukiwań tegoż Królestwa… 🙂 Generalnie by nie być jednym z tych lamentujących lepiej za wczasu zrozumieć gdzie jest miejsce złota i skarbów w Królestwie Niebieskim i co naprawdę się liczy w życiu.

Tue, 06 Jun 2017 07:57:17 +0000


» Antidotum – ośrodek… dom? – miejsce gdzie alkoholizm to nie choroba!

Byliśmy w ostatnią sobotę z misją ewangelizacyjną w ośrodku Antidotum (w ramach Fundacji Misja Kerygma), do tej pory znałem to miejsce jedynie z opowiadań.. hmm a może więcej z tego, że spotykając bezdomnych w Warszawie mówiłem im o takim ośrodku (znajoma polecała tam ich wysyłać…). Dziwnie to brzmi, ale nazwali mnie misjonarzem? – jeszcze tym […]

Byliśmy w ostatnią sobotę z misją ewangelizacyjną w ośrodku Antidotum (w ramach Fundacji Misja Kerygma), do tej pory znałem to miejsce jedynie z opowiadań.. hmm a może więcej z tego, że spotykając bezdomnych w Warszawie mówiłem im o takim ośrodku (znajoma polecała tam ich wysyłać…). Dziwnie to brzmi, ale nazwali mnie misjonarzem? – jeszcze tym nie byłem w tym życiu… do tej pory słowo misja kojarzyłem tylko z filmu The Mission (Rolanda Joffe) – piękny film – ale misjonarzem ja? – trochę przesadzili czy Chrystus był misjonarzem?

Cudowne miejsce i cudowni ludzie!

Nie wiem jak to można inaczej określić, widząc coś takiego można wierzyć, że świat jest inny, że człowiek jest więcej wart, niż to co posiada. Ta nazwa Antidotum ma coś w sobie…

Cały ośrodek znajduje się w uroczym lesie, zajmuje budynki po jakimś dawnym (PRL-owskim) ośrodku – z wyglądu niewiele się tam zmieniło od tamtych czasów, no może poza tym że wszystko się postarzało i ledwo ‚żyje’… ale to nie wygląd tworzy to miejsce, lecz ludzie. A jest tam około 70 podopiecznych, młodych, starszych.. a nawet dzieci.

Tu praktycznie każdy społecznie odrzucony może odzyskać swoją wartość, niektórzy przychodzą tu tylko na terapię – odwyk, niektórzy na trochę dłużej a jeszcze inni zostają tu całe życie, dla nich staje się to miejsce po prostu nowym domem. Domem, w którym mogą wyzwolić się od ‚bycia’ pomiatanym, niezależnie od wyglądu, wykształcenia, przeszłości czy też pochodzenia. Jak Jezus miałby wybrać miejsce przyjścia to pewnie tam byłoby jedno z pierwszych takich miejsc, miejsce gdzie liczy się człowiek przede wszystkim, a nie to kim jest i co posiada…

Antidotum to miejsce gdzie być jest zamiast mieć, takie antidotum na zabiegany za papierową pustką świat.

Cały klimat ośrodka nie byłby taki gdyby nie kierowniczka Agata Pietras. Agata wraz z mężem prowadzi ośrodek od 15 lat, prawdę powiedziawszy nie wiem jak to ona to robi, jak mówi oddaje coraz więcej Duchowi Świętemu, bo samemu we dwoje ciężko to ogarnąć by było. Wielu z podopiecznych jest też pracownikami ośrodka – co też pomaga w jego prowadzeniu, a może przede wszystkim w budowaniu własnej wartości każdej/każdego z podopiecznych.

Jak mówi Agata uczy się przez te lata jak być prowadzonym przez ducha Świętego i coraz więcej mu oddawać… W ramach ośrodka funkcjonuje grupa chrześcijańska – ewangeliczna – coś jak taki kościół, a w zasadzie zbór – gdzie zaglądają chętni 🙂 W każdym razie ośrodek mimo, że chrześcijański to otwarty w zasadzie dla każdego.

Alkoholizm to nie choroba!

To co najbardziej mi się spodobało to podejście Agaty do problemu alkoholizmu, mimo że ośrodek jest przeznaczony po prostu dla społecznie wykluczonych to jednak sporo osób przyszło tam z problemem alkoholowym.

A podejście to alkoholizmu w tym ośrodku dalece różni się od uznania alkoholizmu za chorobę! – i to mi się podoba w końcu ktoś to zauważa!

W swoim życiu miałem trochę problemów i przejść z ludźmi uzależnionymi od alkoholu. Wniosek jaki z tego wyniosłem to taki, że największą krzywdę jaką można zrobić tzw. ‚alkoholikowi’ to nazwać alkoholizm chorobą! Grupy AA zwykle zaczynają się od ‚przedstawień’ gdzie każdy przedstawia się ‚Mietek, alkoholik – nie pije od 12 lat’, okropnie to brzmi…

To co naprawdę pomaga na problem alkoholowy to spędzenie z taką osobą czasu, zdobycie jej zaufania… i okazanie tej osobie miłości. Więc jaka to choroba? – Choroba braku miłości, choroba niskiego poczucia wartości, ucieczki od świata?

Ale współczesny świat niestety ‚nie ma czasu’, ani zasobów na tak ‚chorego…’ nazwanie alkoholika chorym pozwala go sklasyfikować, dopasować terapię, leki i inne ‚kuracje’ i usadowić ‚chorego’ na swoje miejsce pozbywając się ‚problemu’. Samemu ‚alkoholikowi’ takie potraktowanie też może przynieść pozorną ulgę, w myśl:  w końcu ja z tym nic nie mogę zrobić – to choroba… dlatego później mamy alkoholików z nierozwiązanymi problemami.. chodzących w jakimś maraźmie, czy też nerwach i nie pijących po kilkanaście – kilkadziesiąt lat…

Gdzie zatem tkwi problem alkoholowy?

Kiedyś zastanawiałem się czemu w biblii tak mało jest o alkoholikach… ale za to jest dosyć sporo o piciu wina! Jezus nie chodził i nie uzdrawiał ludzi z alkoholizmu… !? Widać ten problem jakoś inaczej trzeba ogarnąć, niż jako chorobę… bo jest to rzeczywiście coś innego, czasem nazywają to chorobą niezawinioną, ale w praktyce moim zdaniem takie ujęcie jest szkodliwe…

Alkoholizm to nic innego jak ucieczka od uczuć, ucieczka od odczuwania, taką ucieczkę w zasadzie każdy z nas w swoim życiu kiedyś stosował – zapewne jest to zależne ile kto i jakich traumatycznych emocjonalnie przeżyć doznał w życiu. Jeden będzie zajadał słodyczami, drugi będzie potrzebował jakiegoś ‚odskoku’ np. szybciej pojeździć samochodem, kto inny z kolei pójdzie na samotny spacer. Jeśli kierunek tych ucieczek pójdzie w stronę zaspokajania się używkami… mamy trochę gorszy problem…

Jak to zatem leczyć?

Odpowiedź przygotowana przez Stowarzyszenie Antidotum brzmi tak:

Co mamy dla człowieka, który trafia do nas zarośnięty, wyniszczony, pełen lęków, beznadziei….

Proponujemy najpierw nakarmić, ubrać i powiedzieć – jak dobrze, że jesteś.

Proponujemy relację bycia przy, a nie nad człowiekiem. Proponujemy relację opartą na wychowawczym partnerstwie i przyjaźni. Brzmi idealnie, ale… uwaga…. my jesteśmy też ludźmi i cały czas uczymy się jak pomagać. Nie jesteśmy wolni od błędów, pomyłek, złych decyzji.

Proponujemy podejście indywidualne skupione na motywacji do zmiany.

Terapia – proponujemy zmieniać myślenie, nawyki, pracę nad charakterem, aby „odebrać” nałogowi (alkohol, bezdomność i inne nawyki) szansę nawrotu. Bo do czego wrócić, jeśli człowiek nie będzie się już bał czuć?

Jak rozwiązać problem alkoholowy by nie wracał?

Już napisałem wcześniej, że to co naprawdę pomaga to spędzenie z taką osobą czasu, zdobycie jej zaufania… i okazanie tej osobie miłości. Choć jest to bardzo trudne.. wymaga sporo czasu, współczucia i czasem walki z samym uzależnionym – który często nie zrobi nic innego na podziękowania – jak po prostu po wykorzystaniu na całej okazanej dobroci (wyssaniu całej pomocy) będzie uciekał 🙂 Poczucie wartości takich osób jest bardzo często tak niskie, że okazanie takiej osobie dobra wiąże się z tym, że ta osoba będzie chciała się oddalić jak najprędzej. A jak nie ma siły emocjonalnej by uciec, na tyle będzie utrudniać życie z nią by w końcu zostać odrzucona…

Generalnie ręce załamać po ludzku idzie… kto przeżył, kto miał w rodzinie osobę uzależnioną ten wie… kto tego emocjonalnie nie przeżywał, temu nie wiem czy da się to wyjaśnić…

Jak do dziś poznałem tylko jeden naprawdę działający sposób na alkoholika 🙂 a brzmi on tak: Dobra Nowina – Ewangelia Chrystusowa:

Ta zamiana ducha, z ducha który umiera na ducha który będzie żył wiecznie zmienia człowieka. Poznałem już tyle ‚nie klinicznych’ przypadków byłych uzależnionych, którzy zaczęli nowe życie z Bogiem, że nie mam już wątpliwości. Już nawet nie muszę tego brać na wiarę – po prostu coś jest, wystarczy użyć rozumu by to odkryć – rzeczy niemożliwe, te uzależniania znikają po prostu… jak ludzi poznają kim tak naprawdę są w Bogu i w jakim miejscu ich Bóg umieszcza. Nie jest owszem idealnie za każdym razem, ale jako ludzie poznajemy dopiero czym naprawdę jest Królestwo Boże… Ten plan, plan ewangelii – plan zbawienia jest po prostu tak piękny i doskonały, że nie da się tego po ludzku ‚ogarnąć’ i człowiek tego nie był w stanie wymyślić…

Jak mi się uda za jakiś czas umieszczę tu świadectwo Wojtka – chłopaka z Warszawskiej Pragi, który od 12 roku życia był uzależniony.. i wyszedł z tego tylko dzięki Dobrej Nowinie… Tymczasem odsyłam do świadectwa Marleny, która też wyszła uzależnienia, po tym jak Duch Święty na nią zstąpił, po którym to momencie nie była już nigdy sama w swoich przeżyciach…

Thu, 13 Apr 2017 08:57:05 +0000



do góry